,

Ale to już było... (Miłość jest wszystkim 2018)

08:57

Przełom listopada i grudnia to zwykle wysyp świątecznych komedii romantycznych. Przez ostatnie kilka lat co roku zasiadaliśmy do wigilijnych stołów z bohaterami Listów do M, w tym roku jakby Gwiazdka dostała swojego spin-offa, z innymi bohaterami co prawda, ale historie i format wciąż te same. Kilku różnych bohaterów, których perypetie dość topornie zazębiają się ze sobą, a wszystko na progu Bożego Narodzenia. Bohaterowie znowu szukają miłości albo próbują utrzymać tę, którą udało im się znaleźć. Ktoś leczy żałobę przypadkowym seksem, typowa romantyczka marzy o księciu na białym koniu, urocza parka przygotowuje się do ślubu, a bogaty piłkarz funduje gdańszczanom Mikołaja z samej Laponii, który nie wytrzymując chyba beznadziejności scenariusza, umiera… na zawał. Wyszły z tego Listy do M 24, czyli odgrzewany kotlet, trochę nieświeży, jakby ktoś zostawił surowe mięso trochę za długo poza lodówką.



Michał Kwieciński zaserwował nam ciężkostrawną wigilijną kolację, na honorowym miejscu posadził Mikołaja, który polewa kolejnym gościom gorzką wódkę. Jan (Olaf Lubaszenko) staje się Mikołajem jakby wbrew własnej woli, a już na pewno wbrew swoim przekonaniom, bo jest w tym filmie trochę mniej zgorzkniałą wersją Grincha. Właśnie przyjechał z Finlandii, przypadkiem znalazł się na planie świątecznego programu, skuszony szybkim zarobkiem zgadza się włożyć przebranie Mikołaja, by bez entuzjazmu machać do dzieci i rozdawać im cukierki. Potem jest tylko gorzej. Poznajemy kolejnych bohaterów i ich przedświąteczne bolączki. I niby wszystkie elementy tego świąteczno-miłosnego patchworku do siebie pasują, a mimo to jakby nic się nie trzyma kupy, historia szyta grubymi nićmi zaczyna się pruć, im więcej dowiadujemy się o bohaterach.

Aktorsko poziom mamy tu typowy dla gatunku, czyli wszyscy wiedzą, że mogliby więcej, tylko scenariusz nie wymaga wysilania się. Fajnie wypadają filmowe siostry Aleksandra Adamska i Joanna Balasz, szczególnie ta pierwsza ma pole do popisu i próbuje wycisnąć z tego wszystkie soki. Partnerujący jej Mateusz Damięcki udający sztywną wersję Lewandowskiego umie lepiej, ale mu się nie chce, więc pozwala, by drogie garnitury grały za niego. Radę dają Wyszyńska i Lichota, który jako jedyny postanowił dać trochę ciepła swojemu bohaterowi. Lubaszenko stara się jak może, ale filmowy Mikołaj jest irytujący od samego początku i skrycie liczyłam na to, że w końcu pijany padnie pod choinką. Castingowo niewypałem są dzieci, bo jak nam pokazały Listy do M, to one właśnie potrafią wybronić każdy scenariuszowy bubel. Tu ich zabrakło. Tzn. są i nawet coś tam mówią i grają, ale jest to sztuczne jak choinki w Tesco.


Przesłanie tytułu wybrzmiewa ostatecznie w końcowych scenach filmu, kiedy to wszyscy nagle przypominają sobie, że święta to czas wybaczenia i pojednania. Zagubieni bohaterowi jakby prowadzeni blaskiem pierwszej gwiazdki odnajdują ścieżkę prowadzącą w dobrym kierunku i zaczarowani magią świąt wszelkie problemy i nieporozumienia rzucają w kąt niczym niechciany prezent. I o to chodzi w Świętach, więc widz przymyka oko na sztuczność prezentowanych mu przez 2 godziny wątków i daje się ponieść chwili końcowego wzruszenia. Jednak tylko na moment, bo gdy zapalają się światła w głowie mamy tylko: meh…

You Might Also Like

0 Comments

Instagram

Blog Archive