Dziunia w Australii, czyli tego filmu nie oglądaj (Rip Tide 2017)

10:36


Lubię od czasu do czasu znaleźć jakiś film w otchłaniach Netlixa i obejrzeć go całkowicie bez oczekiwań. Nie sprawdzając ocen, opinii, po prostu widzę ładny kolorowy obrazek i klikam play. Mogłam się jednak spodziewać, widząc ładną buźkę Debby Ryan (z głośnego Insatiable, o którym pisałam tu), że nic dobrego z tego nie wyniknie. Liczyłam niemniej na feel-good movie z ładnymi australijskimi pejzażami w tle, dostałam cukierkowe pranie mózgu w amerykańskim stylu. Nigdy więcej.

Oto wszystkie powody, dla których trzeba unikać tego marnego filmu, jakim jest Rip Tide:

Dziunia z Nowego Jorku 
Ten film wyrządza straszną krzywdę wszystkim modelkom, przedstawiając je jako tępe dzidy, marionetki w rękach rządnych pieniędzy menadżerów. A przecież wszyscy wiemy, że tak nie jest. Wiele wpływowych top model (a na taką kreowana jest główna bohaterka, która właśnie wspina się na szczyt kariery) ma całkiem nieźle poukładane w głowie. Niestety nie Cora. Przyjeżdża do miejsca, które wygląda jak jakaś malownicza australijska wioska, w której mieszka 30 osób na krzyż, jednak ona zmienia outfity i poprawia szpachle za każdym razem kiedy wychodzi z domu. Nie ma internetu? Shoker! Kura? Obrzydzenie! Nie wytrzymałabym w jej towarzystwie dłużej niż 15 minut. 

Love story
Czy wiecie, że w Australii przystojni surferzy tylko czekają, by Was w sobie rozkochać? Nie to już wiecie, a przynajmniej zawsze to tak wygląda w filmach typu Rip Tide. Mało tego, opalony blondyn nagle okazuje się Twoją bratnią duszą, która rozumie wszystkie twoje życiowe rozterki (mimo iż pochodzicie z dwóch całkiem odmiennych światów). Takie bzdury tylko w kinie familijnym dla dziewczynek z podstawówki (bo mam wrażenie, że dziś nawet gimnazjalistki nie są tak naiwne).

Upadek Gwiazdy 
Według twórców film opowiada o oddziaływaniu social media na życie ludzi, jak jedna wpadka potrafi zniszczyć karierę, a czyhający na sensację hejterzy, zrównają z ziemią każdą osobę, niezależnie od kontekstu sytuacji, w której się znalazła - bullshit! Britney Spears to miała upadek w 2007 roku, Cora ledwie co przewróciła się z rozmazanym makijażem... Każdy porządny PR-owiec potrafiłby to zmienić na jej korzyść. A tu nagle niemalże koniec kariery, wielki kontrakt stoi pod znakiem zapytania... Serio?

Drama, drama, tyle dramy
By wymienić tylko kilka: 
Zła matka, która interesuje się córką tylko wtedy, kiedy przynosi zyski jej firmie. Kłótnia z chłopakiem, który boi się spełniać swoje marzenia (mimo iż ona sama tego nie robi #fucklogic.
Kłótnia z ukochaną ciocią, która wciąż opłakuje zmarłego męża i skupia się jedynie na swojej żałobie, zamiast pozwolić sobie żyć dalej. 
Wielka tragedia ma miejsce, kiedy mamusia Cory każe jej wracać do Nowego Jorku, bo załatwiła córeczce nowy świetny kontrakt. Ta zamiast robić to, co jak odkryła może być jej pasją (projektowanie ubrań), uważa (nie wiadomo dlaczego), że musi wrócić z podkulonym ogonem, jakby nie była wcale dorosłą niezależną kobietą, a nastoletnią dziewczynką, którą matka stroi w cekinowe sukienki i każe uczestniczyć w konkursach piękności, bo sama zapewne ma kompleks na swoim punkcie. 
Inteligentna ciotka, która po roku przerwy (przez żałobę oczywiście nie mogła wejść do oceanu, a jakże by inaczej) postanawiam, że wielki powrót na deskę odbędzie podczas burzy... i tak na ratunek profesjonalne surferce podtopionej przez fale wzburzonego oceanu, wyrusza jej początkująca siostrzenica, która ledwo staje samej na desce... 

Duch zmarłego męża
Jakże łopatologiczny ruch poczynili twórcy obrazując żałobę poprzez ciągłe pojawianie się "ducha" zmarłego męża ciotki głównej bohaterki. No dobra, to bardziej wyobrażenie niż duch, niemniej prowadzone z nim konwersacje są co najmniej żałosne. 

Punkt zwrotny
Wiadomo, że główna bohaterka musiała przejść wewnętrzną przemianę. Z nowojorskiej damulki zmieniającej outfit 3 razy dziennie w pewną siebie kobietę, która w końcu chce posmakować niezależności. Ale, by nagłe olśnienie zawdzięczać prywatnemu samolotowi, który nie może zabrać maszyny do szycia, bo jest za ciężka... o losie! Czy twórcy naprawdę uważają, że nigdy nie oglądałam Keeping up with Kardashians i nie widziałam, ile bagaży pakują do swoich private jets? Seriously? Takie absurdalne zwroty akcji (bo owa walizka staje się nagle katalizatorem wszystkich dobrych wspomnień z Australii) powodują, że mam ochotę walnąć się w czoło.

Przesłodzona końcówka 
I oto nadchodzi długo oczekiwany wielki reunion z matką - kilka wyświechtanych frazesów, nagle okazuje się, że wszyscy dochodzą do porozumienia, miłość kwitnie, siostry wpadają sobie w ramiona, Cora w końcu znajduje swoje powołanie, a film kończy się tym, że biegnie jak łania z deską do surfowania pod pachą w stronę Oceanu... A ja wyłączam netflixa i mówię głosno: NIGDY WIĘCEJ!



You Might Also Like

0 Comments

Instagram

Blog Archive