Zagrajmy to jeszcze raz (Mamma Mia: Here We Go Again! 2018)

20:55


"Here we go again" to idealnie uzupełnienie tytułu musicalu Parkera. Po raz kolejny wracamy na bajeczne greckie wyspy i przy dźwiękach znanych wszystkim z radia piosenek ABBY poznajemy zarówno te dalsze jak i wcześniejsze perypetie bohaterów. Tym razem pałeczkę prowadzenia Donny przejmuje jej córka Sophie, która ukochany pensjonat matki przeobraża w hotel z prawdziwego zdarzenia. Gdzieś między wersetami kolejnych piosenek poznajemy także przeszłość głównej bohaterki pierwszej części filmu – to jak trafiła na wyspę i to skąd wzięły się słynne wątpliwości, kto jest biologicznym ojcem jej ukochanej córki. Jedno nie ulega wątpliwości – przez życie kroczyła odważnym i roztańczonym krokiem.


Mamma Mia: Here we go again to przede wszystkim ukłon w kierunku fanów pierwszej części i fanów samej ABBY. Muzycznych hiciorów (tych znanych z radia) może i jest tu mniej (sama złapałam się na tym, że kilku piosenek nie znałam, ale też nigdy wielką fanką ABBY nie byłam), ale całkiem zgrabnie wpleciono je w fabułę. Niemniej przyznać trzeba, że fabuła nie jest tu najważniejsza, najważniejszy jest tu klimat, który twórcom udało się przywrócić. Miało być lekko, zabawnie i przyjemnie, a widz z kina miał wyjść z piosenką w głowie i uśmiechem na ustach i to się zdecydowanie twórcom udało! Dlatego też nikomu nie powinno przeszkadzać to, że scenki fabularne są tu tak naprawdę pretekstem do dania obsadzie możliwości wokalnych popisów, które wypadają całkiem nieźle zarówno starej jak i nowej obsadzie. Jedyne co (przynajmniej dla mnie) wydawało się zbędne to postać babki Sophie (w tej roli Cher). Muzyczna diva wydawała się jakby na siłę wklejona w tę historię i to słabym klejem, bo zdecydowanie odstawała od reszty. Jej sztucznie dystyngowana postawa wydawała się zbyt sztywna, by płynnie wtopić się w gromadę rozśpiewanej i wyluzowanej obsady, która widocznie dobrze bawiła się na planie. Być może ten chwyt był celowy (bo przecież Cher na na swoim koncie kilka wiarygodnych ról), by uzasadnich dotychczasową nieobecność Ruby i jej pozostawiające wiele do życzenia relacje z córką, a potem też wnuczką. Niemniej to cameo niewiele wniosło do filmu, a mówiąc bardziej dosadnie było kompletnie zbędne.


Mamma Mia to przede wszystkim niewymagająca rozrywka. Idealna dla widza, który oczekuje dobrego, lekkiego filmu, okazji do potupania nóżką i ponucenia hiciorów pod nosem. Na pewno nie poleciłabym go osobom, które szukają w kinie mocnych wrażeń, czy głębokich przeżyć. Wyszłam z kina z uśmiechem na twarzy, przez resztę wieczoru nucąc Super Trouper. Sentymentalna podróż dla fanów pierwszej części gwarantowana!


You Might Also Like

0 Comments

Instagram