,

Blogerskie podsumowanie października

22:04


Filmowy październik za nami. Po raz kolejny z kolegami i koleżankami blogerami postanowiliśmy podzielić się z Wami naszymi opiniami o tym, co udało nam się w kinie obejrzeć. Każdego miesiąca podsumowanie znajdziecie na innym blogu. Wrześniowe opinie możecie przeczytać u Michała [LINK], zaszczyt opublikowania podsumowania październikowego przypadł mi, co też możecie przeczytać poniżej. :)

Blade runner 2049 reż. Denis Villeneuve

Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Ja rozumiem, że fenomenalne, genialne i przefantastyczne są tutaj zdjęcia, kolorystyka, metafory, muzyka, stylówki Ryana Goslinga, montaż, a może i nawet montaż dźwięku... ale slow fiction, to dla mnie hipernudne fiction, więc Blade runner, to blade kino. 

Monika (IN LOVE WITH MOVIE): Dla mnie przewidywalna nuda. Po pół godzinie wiemy, jak film się skończy. Nie ratuje tego nawet ulubieniec kobiecych serc (w tym i mojego) w roli głównej. Jedynym plusem jest fakt, że nie trzeba oglądać Łowców Androidów przed seansem BR 2049.


Michał (TAKO RZECZE WIKING)Wolny, klimatyczny, wciągający. Dennis Vill… Wile… Villen… Kanadyjczyk podołał swojemu zadaniu i zrealizował niemal idealny sequel kultowego filmu Scotta. Dlaczego niemal? Cóż… Po głębszych przemyśleniach i rozważaniach (nie, nie tam gdzie król piechotą chadza) doszedłem do wniosku, że mimo wszystko finał trochu mnie rozczarował (choć w kinie mnie znokautował). Ogółem jednak jest to kapitalna produkcja. 

Grzegorz (WELUR & poliester): Przepyszny koktajl, w którym widowisko sci-fi idealnie wymieszano z dramatem zadającym najważniejsze pytanie – co właściwe czyni człowiekiem? Denis Villeneuve dokonał rzeczy niemożliwej – stworzył sequel, który okazał się koniecznym dopełnieniem historii z pierwowzoru Ridleya Scotta. Najpierw zapierało mi dech w piersiach, następnie mroziło krew w żyłach, aby ostatecznie sparaliżować. Nie boję się napisać „wybitny”. Więcej nie jestem w stanie - brakuje słów do opisania podziwu i towarzyszących seansowi emocji.  



Twój Vincent reż. Dorota Kobiela


Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Ogromu pracy włożonej w powstanie tej produkcji nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Piękny wizualnie, a do tego z ciekawą fabułą, która w czytelny, ale nieprostacki sposób przybliża postać Van Gogha. Genialnie dobrani aktorzy, tysiące obrazów namalowanych przez ponad setkę artystów, cudna muzyka, a w dodatku made in Poland.


Monika (IN LOVE WITH MOVIE):Gdybym mogła ocenić ten film jednym słowem, byłoby to: WOW. Jedną z najlepszych recenzji, jaką można przypisać do tego filmu jest fakt, że w kinie siedziałam wraz z wycieczką szkolną (gimnazjum) i dosłownie nikt nie zapracował sobie tam na miano gimbusa. Wszyscy siedzieli w spokoju, skupieniu, a wychodząc podsłuchałam, jak jedna dziewczyna mówiła do nauczycielki, ze szkoda, że każdej historycznej postaci nie są dedykowane takie filmy <3 Zgadzam się!!!


Michał (TAKO RZECZE WIKING)Dalej nie jestem w stanie umysłowo ogarnąć przepotężnej pracy, jaką włożyła w to dzieło cała ekipa. Aż mnie to przytłacza. Najważniejsze jednak, iż ta ogromna praca nie poszła na marne i film okazał się nie tylko produkcją wielką… okazał się prawdziwym arcydziełem! Przez cały seans oglądamy obrazy mistrza (oraz stylizowane na nie obrazy stworzone przez twórców), które naprawdę ożyły i które porywają nas z filmowego fotela. Niesamowita produkcja. 

Emilia (PO NAPISACH KOŃCOWYCH): Znacie powiedzenie „Przerost formy nad treścią”? W tym wypadku jest najbardziej trafne i to w pozytywnym znaczeniu. Forma wizualna to arcydzieło, które zasługuje na deszcz nagród. Każda klatka została ręcznie namalowana w stylu van Gogha! Każda! Dziesiątki malarzy każdego dnia przenosiło na płótno klatkę po klatce wcześniej nagranego filmu – łącznie 65 000 obrazów (sic!)! Niesamowita praca. Fabularnie też jest nieźle – opowieść o próbie zrozumienia niespodziewanej śmierci artysty nie tylko zachwyca wizualnie, ale i wciąga. To jeden z tych filmów, które trzeba zobaczyć, bo są naprawdę wyjątkowe!

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Wizualny majstersztyk. Trochę gorzej, jeśli chodzi o scenariusz. Mam wrażenie, że twórcy filmu stwierdzili, że wszelkie braki po prostu zatuszują pięknymi obrazami. Niestety historia nieco przynudza. Co nie zmienia faktu, że film zasługuje na Oscara.

Grzegorz (WELUR & poliester): Jeden z tych filmów, którego kadr mógłby ilustrować w encyklopedii hasło „magia kina”. Każda klatka filmu została namalowana (niezwykle pięknie i pieczołowicie) tą samą metodą jaką stosował Vincent van Gogh, zaś sama fabuła skupia się na rozwiązaniu zagadki śmierci malarza. Twórcy mogli poprzestać na ładnej laurce, a udało im się stworzyć jeden z najbardziej poruszających filmów tego roku. Chapeau bas!


Wszyscy moi mężczyźni reż. Hallie Meyers-Shyer


Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Typowy niedzielniak, na który nie patrzy się z zażenowaniem. Prosta fabuła, przyjemna obsada, kilka zabawnych tekstów – ten film będzie się sprawdzać także jako tło przy robieniu domowych porządków. Pani z polskiego by mnie zgnoiła, ale słowo „FAJNY” idealne opisuje ten tytuł.

Monika (IN LOVE WITH MOVIE): Nie spodziewałam się niczego fantastycznego, więc można powiedzieć, że oczekiwania zostały spełnione w stu procentach. Miły akcent na weekend. Ale raczej nie w kinie i niekoniecznie wielokrotnego oglądania.



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Niezwykle dowcipny, całkiem fajny od strony fabularnej, jednak nie oszukujmy się – ten film to tak naprawdę, urocza jak zawsze, Reese, która czaruje nas w każdej kolejnej scenie. Spodziewałem się typowej komedyjki z elementami dramatu, a otrzymałem inteligentne i przemyślane dzieło, które naprawdę fajnie się ogląda. Ma swoje wady, ale idealnie nadaje się na popołudnie/wieczór z drugą połówką (nie, nie wódki). 



Emilia (PO NAPISACH KOŃCOWYCH): Pozytywne zaskoczenie. Wszyscy wiemy, jak jest zazwyczaj z amerykańskimi komediami romantycznymi. Nuda, żarty nieśmieszne, a bohaterowie po 20 minutach zaczynają irytować swoją głupotą. Tu wręcz przeciwnie. Bohaterowie wydają się mieć łeb na karku, bawią, wkurzają, wzruszają, czyli jak w życiu. Do tego cudna Reese, która dodaje tu jakiegoś ducha realności. Wyszedł z tego bardzo przyjemny film.

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Szłam na ten film bez żadnego nastawienia - na tak, czy na nie. Chciałam po prostu wyluzować się i trochę odpocząć. I się nie zawiodłam. Reese Witherspoon po raz kolejny udowadnia, że ma nosa do komedii i po raz kolejny przemiło się na nią patrzy. A największą zaletą tego filmu jest to, że jest dobry na "odmóżdżenie", choć nie ogłupia widza.



Photon reż. Norman Leto


Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Takiego tematu (powstawanie materii oraz futurystyczna wizja świata) nie da się przedstawić w nie wiadomo jak luzackim stylu. A mimo tego, twórcy dokumentu postarali się, by nie było przesadnie belfersko. W filmie wplecione zostały metafory, które powinny trafić do zwyczajnych śmiertelników. Nie ma ich za wiele, ale gdy już są, to ich nienachalny ton pozwala wrócić na ziemię, znów bardziej skupić się na temacie i COŚ ZROZUMIEĆ. Chyra w roli lektora sprawdza się bardzo dobrze, ale niepotrzebnie dodane zostały scenki, w których odgrywa on rolę naukowca udzielającego wywiadu dziennikarce, która zdaje się być najbardziej zainteresowana jego życiem prywatnym. Trochę WTF. 



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Film, który w sposób łatwy i czasem dowcipny chciał nam opowiedzieć o fizyce, ewolucji i wielu innych zagadnieniach. I to właśnie jest jego problem – zamiast skupić się na jednym elemencie i go porządnie przedstawić, twórcy chcieli nam opowiedzieć o wszystkim. A jak wiadomo, jeśli coś jest o wszystkim, to jest o niczym. Nie mogę jednak napisać, że źle mi się to oglądało – co to to nie. Seans wciąga, jednak natłok informacji jest czasem zbyt potężny. No i jeszcze jeden problem: po co na siłę wciskać bezsensowne sceny fabularne z Chyrą? Burzą one klimat… No chyba, że miały być reklamą pewnego płynu do naczyń, to wtedy jakiś mały sens (budżet) to ma. 

Pierwszy śnieg reż. Tomas Alfredson


Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Kompletnie nie rozumiem tych wszystkich niepochlebnych recenzji. A jest ich naprawdę sporo. Najnowszy film z Fassbenderem w roli głównej, to typowy, skandynawski kryminał. Czyli dobrze. Tajemnicze morderstwa, zagadki do rozwiązania, śledczy z rozsypanym życiem prywatnym, a to wszystko w otoczeniu pięknej przyrody. Może i rozwiązanie historii nie jest równoznaczne z rozgryzieniem Enigmy, ale seans Pierwszego śniegu na pewno nie rani umysłu widza.


Monika (IN LOVE WITH MOVIE): Fani skandynawskich filmowych klimatów powinni poczuć się po tym seansie zaspokojeni. Z tego co wiem, to nie tyczy się to fanów książki, do których ja niestety nie należę. Dla mnie to było dobre kino, z ciekawą obsadą, wciągającą fabułą i konkretnym zakończeniem.



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Film, który większość świata gnoi, a mi się podobał. Owszem, ma wiele wad (przeskoki akcji [da się wszystko i tak ogarnąć], bohaterowie bywają nieśmiertelni, a ilość głupot przekracza w paru scenach wszelkie możliwe normy), jednak w ogólnym rozrachunku, naprawdę mi się podobało! Ma to swój klimat, muzyka jest naprawdę dobra, a Fassbender wymiata jak zawsze. Seans się nie dłuży, fabuła trzyma w napięciu – ja się tam dobrze bawiłem. 

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Słyszałam sporo złych opinii o tym filmie, ale mimo wszystko mi się podobał. Jest fajny klimat, ciekawa historia kryminalna, no i Michael Fassbender w roli głównej. Czego chcieć więcej?



Grzegorz (WELUR & poliester): Udający Norwega Michael Fassbender prezentuje książkowy przykład miny na zbitego psa, a w międzyczasie próbuje złapać mordercę, który lepi bałwany ze zwłok swoich ofiar. Głupio to brzmi, ale ogląda się przyjemnie. Delikatnie trzyma w napięciu - nie nudzi, a wzbudza zainteresowanie rozwiązaniem kryminalnej intrygi. Polecam, ale jako produkt jednorazowego użytku.

Dwie korony reż. Michał Kondrat





Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Fabularyzowany dokument o życiu Maksymiliana Kolbe, w którym część dokumentalna jest słaba (bo, gdy w trakcie seansu rodzą się w Twojej głowie kolejne pytania, na które nie uzyskujesz odpowiedzi, to jest słabo), a część fabularna żenująca (bo, gdy masz patrzeć na wyrwane z kontekstu scenki i niby skecze, w których wyraźnie widać zamiłowanie do ziemniaka – dosłownie i też nie rozumiem – to jest żenująco). 



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Miał to być kolejny „natchniony” film ze stajni Michała Kondrata. Niestety, po raz kolejny, skończyło się na tym, iż „miał to być”. Nie dość, że ośmiesza postać Maksymiliana Kolbe, to na dodatek robi z niego jakiegoś bad boya, który bez powodu zwalniał ludzi z pracy i posiadał wiedzę, iż bomba atomowa rozwali Hiroszimę, ale nikomu o tym nie powiedział. Twórcy nie wiedzieli również, czy ma to być dokument, czy fabularyzowany dokument – dzieło to nie ma swojej tożsamości, przynudza, a ze świętego robi jakiegoś przygłupa. Sorry, ale jeśli Michał Kondrat dalej będzie tworzyć takie „hity”, to zgarnie więcej Węży niż Stallone Malin…

Zgoda reż. Maciej Sobieszczański


Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Głośne nazwiska w obsadzie (m.in. Wichłacz, Gierszał, Stenka), sztandarowy temat polskiego kina (II wojna światowa), jedno z drugim połączone nawet historią miłosną, a o tym filmie straszna cisza. I słusznie, bo Zgoda jest przynudnawa i nie niesie ze sobą nic odkrywczego, chociaż próbuje być reprezentantem kina artystycznego. Film średniak. 



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Kolejny film, który porusza niezwykle mocny temat, a który po jakimś czasie gubi swoją tożsamość. Powojenny obóz pracy, ciężkie warunki życia, miłość, która nie może się ziścić – to mógł być punkt wyjściowy niezwykle mocnego, trudnego kina. Niestety, po kilku minutach film zamienia się w tanie romansidło, dialogi mają chyba za zadanie zrobić z widza idiotę, a aktorzy nawet nie udają, że dostali ciekawe postacie do zagrania. Najgorszy jest jednak finał, który leci w myśl kina artystycznego: udawaj, że urywasz fabułę po to, by widzowie myśleli, że sami mają sobie dopowiedzieć dalsze losy postaci (tak naprawdę: nie miej pomysłu, jak zakończyć film i go po prostu urwij). Ogólnie film ten to kolejny zmarnowany potencjał polskiego kina. 

Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem reż. Janus Metz




Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Janus Metz sprawił, że przez 100 minut poczułam się tak, jakbym była wielką fanką sportu, a dokładniej tenisa. Naprawdę niesamowicie dziwne i nieznane dla mnie uczucie. Genialni aktorzy, którzy fantastycznie zaprezentowali portrety psychologiczne swoich postaci, zasługują na wszystkie możliwe komplementy. Dużo emocji towarzyszyło temu seansowi, a ja gapiłam się na ekran, jak zahipnotyzowana. 


Michał (TAKO RZECZE WIKING): Film, który od początku miał zadatki na bycie arcydziełem, spełnił pokładane w nim, przeze mnie, nadzieje i to z nawiązką. Ogląda się to jak najlepszy thriller (pomimo, iż znałem finał, po seansie musiałem udać się na dwór, by ugasić buzujące emocje zimnym powietrzem), zdjęcia urywają szczeny, a montaż masakruje głowy. Do tego, co najważniejsze, aktorzy uderzają nas swoimi kreacjami z mocą serwisu Ivo Karlovica i powodują, iż nie możemy oderwać oczu od ekranu. Ogromny szacunek dla Gudnasona i LaBeoufa – nie tylko za to, jaki wysiłek włożyli w role, ale głównie za to, jak perfekcyjnie oddali głębię psychologiczną Borga i McEnroe’a! Co za film! 



Emilia (PO NAPISACH KOŃCOWYCH): Wiem o tenisie tyle, co nauczyłam się w czasie 5 lekcji na studiach, czyli niewiele... a mimo to historię pojedynku nieokiełznanego Amerykanina i zimnego Szweda ogląda się jednym tchem. Shia LaBeouf w końcu udowadnia, że jest kimś więcej niż hollywoodzkim chłopcem do bicia, a Sverrir Gudnason to objawienie tego roku! Film sportowy, który wzbudza emocje niczym najlepszy thriller! 


Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Borg/McEnroe to najlepszy film tego roku. Nie znałam wcześniej tej historii, nie znałam wyniku finałowego meczu, ale nic nie szkodzi, bo to opowieść przede wszystkim o dwóch mężczyznach, którzy różnią się od siebie niemal wszystkim oprócz celu - wygranej. Sverrir Gudnason w roli Borga jest wręcz genialny, a finałowy pojedynek wciska w fotel.

Grzegorz (WELUR & poliester): Sportu oraz popisów aktorskich Shia LaBeoufa unikam jak ognia, dziwne, że na seans „Borg/McEnroe” w ogóle się zdecydowałem. Pojedynek tenisowy okazuje się jedynie wymówką do zaprezentowania wydarzeń, które ukształtowały portretowanych sportowców i ostatecznie doprowadziły ich na szczyt. Jeden z tych filmów, który oglądamy głównie dla znakomitych popisów aktorskich. Kto wie – może w przyszłości okaże się to jednym z najważniejszych filmów w ich karierach?  

Geostorm reż. Dean Devlin


Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Ten film wygląda tak, jakby ktoś wziął do ręki darmowy szablon standardowego kina katastroficznego i wypełnił go nowymi imionami postaci pierwszoplanowych. Jest tutaj wszystko, z czym kojarzę tego typu produkcje: waleczny, gotowy do poświęceń główny bohater płci męskiej; na drugim planie panie z ładnymi buziami i względnym talentem aktorskim; podniosła muzyka podkręcona w stosownych momentach na całą epę; piesek, który przeżył; przekazywanie informacji na zasadzie czytania w myślach. Było to śmieszne, oczywiste, jednokrotnego użytku i o dziwo całkiem sympatyczne i nieszkodliwe. 



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Powiedzieć, iż jest to jeden z najgłupszych filmów w historii kina to jak nic nie powiedzieć. Kretynizmami tej produkcji można obdzielić ze sto filmów, ale, mimo to… bawiłem się kapitalnie. Właśnie te wszystkie głupoty powodowały, iż często zanosiłem się rechotem. Nie chcę Wam nic spoilerować, ale w ostatniej scenie z Edem Harrisem umrzecie ze śmiechu. Co tu więcej rzec? Butler jest sobą, efekty są spoko, seans mija szybciutko. Film na nudne przedpołudnie. 

Człowiek z magicznym pudełkiem reż. Bodo Kox





Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Miłosne sci-fi, na którym ludzie podobno płakali. Ja doszłam tylko do jednego wniosku: melodramatyczna odmiana science fiction również nie jest w moim klimacie. Poza tym, mam wrażenie, że gdy w 2030 roku (m.in. w tym rozgrywa się akcja) ktoś obejrzy ten tytuł, to będzie mieć taki sam ubaw, jaki mam teraz ja oglądając efekty specjalne w Akademii Pana Kleksa - niby uroczo, ale jednak żenada wygrywa. 



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Pewnie znajdzie swoich fanów, ja jednak do nich zaliczać się nie będę. Puste, ciągnące się w nieskończoność, okraszone niestrawną stylistyką – Bodo Kox stara się stworzyć oryginalne sci-fi, a tworzy nudne, choć czasem ładnie opakowane, dzieło. Tylko aktorów szkoda… 



Emilia (PO NAPISACH KOŃCOWYCH): Uwielbiam Bodo Koxa! Jego Dziewczyna z szafy skradła moje serce, dlatego Człowiek z magicznym pudełkiem był seansem OBOWIĄZKOWYM i nie zawiodłam się. Kox kreuje specyficzne światy ociekające realizmem magicznym. Polski melodramat sci fi – to nie mogło się udać... a jednak tę historię miłości, która jest w stanie pokonać czasoprzestrzeń, ogląda się świetnie. Ja wizję Koxa kupuję, a reszty nie trzeba!

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Film specyficzny, bo w końcu to Bodo Kox. Nie każdemu przypadnie do gustu. Ja jednak jestem daleka od skrajnych opinii. Ani mnie to ziębi, ani grzeje. Film jest nierówny - sekwencje początkowe się dłużą, a wszystko co najlepsze zostawione jest na koniec. Poza tym za mało, jak dla mnie, rozwinięty jest wątek "parapsychologiczny". Mimo wszystko cenię Bodo Koxa i czekam na jego kolejny film, bo jak mało kto ma odwagę eksperymentować w polskim kinie.


Pomiędzy nami góry reż. Hany Abu-Assad


Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Piękny przykład, jak skopać ciekawy materiał na film. Bo ta historia mogła wbić w fotel, trzymać w napięciu, a nawet wzruszyć. Zamiast spocić się z nerwów ten jedyny raz w ciągu chłodnego października, prawie zapadłam w zimowy sen. Tani melodramat. 



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Nie wiem, jakie haki miał reżyser na Elbę i Winslet, ale musiały być mocne, skoro zgodzili się zagrać w tak przeciętnej historii. Schemat goni schemat, potem głupota głupotę. Ogółem, gdyby nie Kate i Idris, byłby to kolejny gniocik do mojej kolekcji – aktorzy, mimo słabiutkiego scenariusza, starają się udawać, iż teksty nie były złe. Teraz się nie dziwię, iż film przeszedł bez echa… 

Ach śpij kochanie reż. Krzysztof Lang


Agata (IN LOVE WITH MOVIE): Do połowy jeszcze akceptowałam, po połowie już przestałam. Pan reżyser chyba zatęsknił za swoim sztandarowym gatunkiem filmowym (komedie romantyczne) i postanowił wykorzystać jego część również w najnowszym obrazie. W ten sposób powstał kryminał romantyczny, który tak właściwie nie jest ani kryminalny, ani romantyczny. Po intrygujących pierwszych zwiastunach liczyłam na coś lepszego.


Monika (IN LOVE WITH MOVIE): Przede wszystkim: za długie. Stanowczo. Po drugie: Chyra jest absolutnie genialnym aktorem, i gdyby miał kiedyś zagrać Michaela Jacksona, to pewnie też znalazłby na to sposób. Ciekawa historia, ale jakby czegoś zabrakło. Jakiegoś takiego kopniaka z podsumowaniem. Swoją drogą zastanawiam się, czy Arkadiusz Jakubik zagrał kiedyś postać, która nie wypiła chociażby kropli czegoś alkoholowego? Warto przemyśleć.



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Kolejny świetny temat i kolejny zmarnowany potencjał. Dzieło to jest nudne (dłuży się niemiłosiernie), przewidywalne (wbrew pozorom to nie sprawa Mazurkiewicza jest tu najważniejsza), słabo zagrane (nawet Chyra się nie stara)… Na dodatek sfilmowano to jak odcinek teatru telewizji… Świetny temat na film (prawie) po całości zmarnowany… 



Emilia (PO NAPISACH KOŃCOWYCH): Do tego filmu jak ulał pasuje określenie „typowy polski kryminał”. Mam wrażenie, że polscy twórcy zrobili się trochę leniwi – nakręćmy coś bezpiecznego – na kryminał pójdzie każdy. No i mamy, po raz kolejny podobną historię, kręconą w podobny sposób, w podobnej scenografii, podobnie oświetloną i zmontowaną. Polskie kryminały wyrastają jak grzyby po deszczu, szkoda, że tak niewiele z nich naprawdę wnosi coś ciekawego do tego dyskursu... Ach śpij kochanie na pewno tego nie robi. 


Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Film, na który tak bardzo czekałam (bo i zwiastun był ciekawy, i aktorzy dobrzy, a do tego wszystkiego temat, który mnie interesuje - seryjny morderca) okazał się raczej średni. Ma kilka dobrych momentów, sam wątek Mazurkiewicza jest interesujący. Mimo wszystko, jak na film, który miał być o mordercy, Mazurkiewicza tam jest stanowczo za mało. Bardziej skupia się on na śledztwie i postaci Tomasza Schuchardta, która już aż tak ciekawa nie jest.

Ghost story reż. David Lowery


Agata (IN LOVE WITH MOVIE):  Nie mogę powiedzieć, że mi się podobał, że seans był przyjemny ani, że chętnie do niego wrócę. Jednak, film mocno mną wstrząsnął, wywołał spore wrażenie i na pewno zapamiętam go na długo. To jeden z tych tytułów, który teoretycznie totalnie nie jest w moim stylu, a jednak trafia. Nie polecam, nie namawiam do oglądania, podziwiam po cichu.

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Żałoba i przemijanie pokazane z perspektywy ducha, a więc nie na przestrzeni dni czy miesięcy, ale kilkudziesięciu, a może nawet i kilkuset lat. Film jest niespieszny, a wręcz powolny, ale jeżeli przetrwacie pierwsze pół godziny, to potem będzie Was coraz bardziej wciągał. Dawno już nie widziałam tak pięknego filmu.


Thor: Ragnarok reż. Taika Waititi



Michał (TAKO RZECZE WIKING): Kolejny dowód na to, iż Marvel jest absolutnym królem kina rozrywkowego. Specyficzny styl Waititiego, żart goniący żart, niezwykli bohaterowie (a co za tym idzie wyborne kreacje aktorskie: Hemsworth, Blanchett, Ruffalo – owacje na stojąco!), genialne efekty specjalne, wyborny soundtrack… Ten film rozkochuje widza już od pierwszej sceny, a z każdą kolejną minutą miłość rośnie. Marvel znów triumfuje. Marvel znów oddaje nam kompletne arcydzieło. A na dodatek, w wspaniały sposób, wykorzystuje wyborne „Immigrant Song” Zeppelinów… Śmigam na to do kina po raz drugi! A potem trzeci, czwarty…

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Co można powiedzieć o "Thorze"? To chyba najlepszy jak dotąd film Marvela. Pędźcie do kina, póki jeszcze grają, bo to trzeba zobaczyć na wielkim ekranie. Taika Waititi stworzył dzieło niepowtarzalne. I sprawił, że osoby, które do tej pory Thora jako superbohatera nie lubiły - polubią, a te, które go lubiły - zdania nie zmienią. Sama zaliczam się do tej pierwszej grupy, więc wiem o czym mówię.


Grzegorz (WELUR & poliester): Dopalacze, lasery i Thor w kosmosie. Technowiksa z nordyckim suportem. Film Marvela, na którym dobrze bawić się będą nawet osoby nie śledzące filmów o superbohaterach. Totalne kino rozrywkowe, które nawet nie próbuje udawać, że zostało stworzone tylko dla zabawy i przyjemności widza. Spektakularne i cholernie śmieszne.

Śmierć nadejdzie dziś reż. Christopher Landon



Emilia (PO NAPISACH KOŃCOWYCH): Trochę się obawiałam, zaczynając seans, że znudzi mnie po 20 minutach. W końcu ile razy można oglądać ten sam dzień w kółko... a można i to nawet sporo. Twórcy jakimś cudem wyszli obronną ręką z pomysłu zapętlającego się dnia. Nawet to, że mniej więcej w połowie filmu zgadłam, kto jest śmiercionośną siłą nie zepsuło mi seansu. Całkiem niezły teen horror.


Monika (IN LOVE WITH MOVIE)Wszystko jakby już kiedyś było... I fabuła... i wątki... i muzyka...Nie znalazłam w tym filmie niczego odkrywczego, za co mogłabym przypisać ocenę większą, niż 5/10. I nawet pisać się o tym filmie nie chce... Taka marna kopia Efektu Motyla i Oszukać Przeznaczenie.

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Jako temat przewodni mamy motyw, który pojawił się już w wielu filmach ("Dzień świstaka" to ten najbardziej popularny). Kilka lat temu pojawił się też i w horrorze ("Istnienie" z 2003 roku). Christopher Landon wykorzystuje go jednak w inteligentny sposób - łącząc horror z elementami komedii. Przypomina mi ten film nieco horrory Wesa Cravena - gdzie horror jest tak umiejętnie wymieszany z komedią, że widz może rozładować napięcie śmiechem. No i do tego mamy zakończenie prawie jak u M. Night Shyamalana.

Grzegorz (WELUR & poliester): Wredna, popularna studentka zostaje zamordowana na terenie kampusu. Pomyśleć, że to dopiero pech, ale okazuje się, że jest zmuszona ciągle to przeżywać z powodu utknięcia w pętli czasu. Nieuważni widzowie stwierdzą, że to typowy slasher. Ci czujni dostrzegą satyrę na temat hollywoodzkiego kina grozy. Zaskakująco niegłupią oraz zabawną. 

Piła: Dziedzictwo reż. Michael Spierig, Peter Spierig

Monika (IN LOVE WITH MOVIE): Gdybym miała wybrać filmowe zaskoczenie miesiąca, to byłby nim właśnie ten tytuł. Liczyłam na coś znacznie, znacznie gorszego, a tu wyszła dość sprawna kontynuacja. Nie zabrakło wymyślnych tortur, w których królowała rozwalona na kształć dziwacznego kwiatu głowa. Fani Jigsawa powinni być zaintrygowani. 


Grzegorz (WELUR & poliester): Wymyślne tortury, schematyczni bohaterowie i ciekawy zwrot akcji. Historia regularnie wykorzystuje klisze, a postacie są tak płaskie, że nawet nie obchodzi nas ich zgon. Normalnie czepiałbym się bardziej, ale „Piłę” oglądamy tylko dla scen śmierci. Bawiłem się nieźle – jakbym oglądał mordowanie Simów na wielkim ekranie.

My Little Pony. Film reż. Jayson Thiessen

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): My Liitle Pony to dla mnie powrót do dzieciństwa. Pamiętam, że jak byłam mała oglądałam tę bajkę i nawet miałam figurki kucyków do zabawy. Pełnometrażowa wersja jest idealna dla małych dziewczynek - kolorowa, z morałem, z fajnymi piosenkami i paroma zabawnymi scenami. No i kucyk Sia - mistrzostwo!


Krucyfiks reż. Xavier Gens

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Krucyfiks udowadnia, że w kwestii filmowych horrorów zbyt wiele się nie zmieniło i nadal większość z nich jest do bani. Ani to straszne, ani ciekawe, ani dobrze zagrane. Kilka jump scare'ów (i to mega przewidywalnych) horroru nie zrobi.

Emotki. Film reż. Tony Leondis


Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Widać, że twórcom amerykańskich animacji wyczerpały się pomysły. Od samego początku wiadomo było, że film o emotkach po prostu nie może wypalić. No i nie wypalił. Jedyny plus całego tego filmu (i jednocześnie jedyna zabawna w nim rzecz) to rodzice Minka (głównego bohatera). Jednak nie warto oglądać całego filmu dla dwóch tylko postaci.

Nasz najlepszy rok reż. Cédric Klapisch

Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Nasz najlepszy rok to idealny przykład kina średniego. Takie to było nijakie, że prawie nic z tego filmu już nie pamiętam. Poza tym, że jest to komediodramat, w którym jest zero komedii. W domu, w leniwy wieczór, z lampką wina - czemu nie, ale w kinie raczej nie polecam.

Skazany reż. Ric Roman Waugh


Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Skazany to film, który idealnie przedstawia jak więzienie zmienia człowieka (przynajmniej amerykańskie) i że resocjalizacja tamtejszych więźniów jest niemal niemożliwa. A skonstruowany jest tak, że do samych napisów końcowych nie wiemy co mamy sądzić o głównym bohaterze i gdzie go przyporządkować - po stronie tych dobrych, czy tych złych. Najlepiej obejrzeć, bez wcześniejszego czytania opisów fabuły czy oglądania zwiastunów - wtedy przemiana bohatera zrobi na Was większe wrażenie.

Między nami wampirami reż. Richard ClausKarsten Kiilerich


Madzia (NIECO INNA PANNA M.): Październik to miesiąc słabych animacji. Nie inaczej jest w przypadku "Między nami wampirami". Film jest nudny i mało zabawny, a do tego jego morał jest dla dzieci po prostu mało czytelny. Obserwowałam dzieciaki podczas seansu - były tak samo znudzone jak ja, a gdy już wychodziliśmy z kina - żaliły się rodzicom, że wybrały słaby film.


PODSUMOWANIE:



You Might Also Like

0 Comments

Instagram

Blog Archive