Pobawmy się w dorosłość (Kamper 2016)

11:11



Poszłam na Kampera z wielkimi oczekiwaniami. Wszystkie teasery, opisy, piosenki zapowiadały dobry, polski indie movie – wiecie, takie jak co roku pokazywane są na Sundance (czyli to, co lubię najbardziej), tylko kręcony na naszym polskim podwórku. I nie zawiodłam się. Łukasz Grzegorzek lepszego debiutu nie mógł sobie wymarzyć.

Kamper (Piotr Żurawski) i Mania (Marta Nieradkiewicz) młode małżeństwo z kilkuletnim stażem. Stacjonują w Warszawie w mieszkaniu kupionym przez rodziców dziewczyny. Ona marzy o tym, by karmieniem ludzi zarabiać na życie (czyt. Kucharzyć w knajpie najlepiej swojej własnej, na którą pieniądze pożyczy zapewne od rodziców), on na co dzień testuje gry. Niby wszystko spoko, dopóki bezpieczna bańka nie pęka dotknięta brudnym paluchem zdrady. I o dziwo to nie pozornie niedojrzały Kamper pakuje się komuś do łóżka, to Mania ulega urokowi popularnego kucharza w dobrze skrojonym garniaku. Pewnie miał dobrze naostrzone noże... kto wie?

Jest coś smutnego w portrecie tego pokolenia, jaki kreśli Grzegorzek. Jakaś nostalgia za wyobrażeniem dorosłości, które każdy z nas miał, kiedy był dzieckiem. Przecież to wszystko miało być prostsze. Życie rodzinne, praca, znalezienie sensu i radości w codziennym porannym wstawaniu. Miłość na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, bez mącących celebryckich kucharzy i seksownych nauczycielek hiszpańskiego. Życie miało być proste. Wspólne mieszkanie, małżeństwo, dzieci, kariera – wszystko miało spójnie grać, a ostatecznie wychodzi z tego jakiś patchwork, w którym elementy do siebie nie pasują, coś odpada, coś nachodzi na coś innego, a my stoimy bezradni w superglue w ręku próbując to życie jakoś poskładać do kupy. 

Kamper, któremu cały świat stara się wmówić, że jest nierozgarniętym chłopcem w szortach tylko i wyłącznie dlatego, bo nie zaciska krawata pod szyją i na co dzień „gra w grę” okazuje się być tym najbardziej dojrzałym. Jego reakcje na to, co go spotyka mimo iż momentami bardzo irracjonalne, czasem nawet głupie wydawały się najbardziej prawdziwe. Bo czy nie zachowujemy się czasem bezsensownie, kiedy wszystko wali się nam na głowę? Najgorszy ruch, jaki możemy wykonach, to brak ruchu i to właśnie robi Kamper (adekwatnie do swojego imienia, które pochodzi od zwrotu używanego przez graczy „kampić się”, czyli czekać, aż przeciwnik sam podejdzie. Postawa bardzo krytykowana i uważana za tchórzostwo). Zamiast wziąć się w garść, działać, zdobywać kolejne levele on czeka na kolejny ruch swojego przeciwnika... A kiedy w końcu obrywa przez swoją życiową bierność zmuszony jest wrócić do punku wyjścia. 

W Kamperze wszystko ze sobą gra, co ostatnio nie często zdarza się w polskim kinie. Nawet cwaniacka rola Jacka Braciaka i wrzutki stylizowane na popularny kulinarny telewizyjny show nie wieją żenadą. Mamy i prawdziwy dramat młodego małżeństwa, mamy dobry żart rozładowujący napięcie, a co najważniejsze mamy świetnie napisane dialogi (co po raz kolejny w polskim kinie częste nie jest)! Od dawna rozmowy bohaterów nie brzmiały tak naturalnie, jakby ktoś je zasłyszał podczas jednej z nadwiślańskich imprez. Bez udawania, zadęcia, pozerstwa i głupawych sucharów. Słychać, że Grzegorzek zna pokolenie, o którym opowiada. 

Podsumowując: wyjątkowo trafny obraz pokolenia trzydziestolatków zmuszonych do zabawy w dorosłość. Szczere kino bez słodzenia. Każdy z nas jest trochę zagubionym dzieckiem, które tylko udaje, że wie jak grać w tę grę zwaną życiem. 


You Might Also Like

0 Comments

Instagram