Krew na śniegu (Na granicy 2016)

14:10


To miał być męski wypad w góry. Mateusz (Andrzej Chyra) zabiera swoich swoich nastoletnich synów do miejsca, w którym jeszcze nie dawno pracował, strażnicy w Bieszczadach przy samej granicy. Mieli tam odetchnąć, złapać dystans do tego, co spotkało ich w ostatnim czasie, a przede wszystkim mieli znów stać się rodziną. Ich plany pokrzyżowało przybycie nieproszonego gościa, przemarzniętego, zakrwawionego, z bronią w plecaku. Kim jest, skąd przyszedł i czyja krew znajduje się na jego ubraniu? Radiostacja, która była ich jedynym łącznikiem z cywilizacją przestaje działać, Mateusz zostawia chłopców z nieprzytomnym mężczyzną przykutym do łóżka i wyrusza do bazy, by sprawdzić co się stało.

Filmowa granica to nie tylko ta geograficzna, to też granica, jaką powoli przekraczają synowie Mateusza – granica między chłopięctwem a męskością. Wypadki w górskiej stróżówce staną się niejako testem tej męskości, sprawdzianem bardzo brutalnym, którego zaliczenie równa się przeżyciu. Spotkanie chłopców z Konradem (Marcin Dorociński) obudzi w nich instynkt przetrwania. Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, by przetrwać? Chyba wszyscy znamy odpowiedź na to pytanie.

Aktorsko ten film to perełka. Prym wiedzie oczywiście Dorociński w roli niemalże demonicznego Konrada. Nieobliczalny i nieprzewidywalny, nawet kiedy z jego ust padają zdaje się ludzie słowa, które wzbudzają w widzu niemalże sympatię, jego oczy pozostają zimne i niewzruszone. Cały czas czekamy aż wybuchnie i pokaże swojego prawdziwe oblicze, a kiedy to następuje mimo wszystko jesteśmy zaskoczeni jego brutalnością.  Świetnie radę dają sobie również filmowi bracia, czyli Bartosz Bielenia i Kuba Henriksen (tego pierwszego możecie pamiętać z Disco Polo, gdzie wcielił się jednego z bohaterów inspirowanych „Funny Games”).  Bielenia, którego rola wysuwa się na przód, bo to jego bohater zmuszony przez okoliczności, staje w obronie swojej rodziny – okazuje się jakimś zadziwiającym odkryciem i ramię w ramię z Dorocińskim, który do samego końca pokazuje, że bezapelacyjnie należy do czołówki polskiego kina prowadzi nas do finału. 



W „Na granicy” widać dużą ambicję Kasperskiego.  Stworzył bardzo kameralny, klimatyczny thriller, którzy mimo pięknie sfotografowanego przez nominowanego do Oscara operatora Łukasz Żala bieszczadzkiego otoczenia wywołuje lekko klaustrofobiczne uczucie.  Na tle rozległych połaci śniegu trójka wędrujących bohaterów wygląda wyjątkowo bezbronnie,  a z pozoru piękny górki pejzaż przywołuje uczucie dobrze znane nam z kina grozy – niepewność. To w szczególności obraz buduje atmosferę w filmie, scenariuszowo gdzieś w połowie coś zaczyna zgrzytać. Początkowo świetnie budowane tempo, powoli rozwijająca się akcja, nagle gubi rytm, a przy tym i napięcie siada. Mimo to do samego końca z zainteresowanie śledzimy tę męską rozgrywkę. Jedno jest pewne, nikt nie wróci z Bieszczad taki sam, jaki tam przyjechał. 

Podsumowując: Kino bardzo męskie, przepełnione testosteronem i bezinteresownym okrucieństwem, w którym kobiety stanowią tylko małomówne tło. Film, który nie jest idealny, ale mimo to zachęcam do tego seansu! Poza tym wiecie jak jest - na polskie filmy trzeba chodzić do kina! ;)

You Might Also Like

0 Comments

Instagram