American dream (Joy 2015)

14:52

Joy Mangano - ambitna dziewczyna, której życie nie raz dało po tyłku. Nauczyła się, że marzenia to jedno, rzeczywistość to coś zupełnie odmiennego. Od rana do wieczora pracuje, by utrzymać rodzinę i tylko dzięki jej życiowej zaradności ta rodzina jest w stanie jakoś funkcjonować... choć czy funkcjonuje sprawnie można by polemizować. Matka całymi dniami nie wychodzi ze swojego pokoju, w którym ogląda jedną telenowelę za drugą, jej były mąż mieszka w jej garażu razem z jej ojcem – nie muszę chyba dodawać, że panowie nie pałają do siebie sympatią. W końcu Joy bierze się z życiem za bary i postanawia postawić wszystko na jedną kartę – na swoją ambicję. A ma jej sporo, sporo ma też wyobraźni i żyłki do wymyślania. I tak pewnego dnia wpada na genialny pomysł – samowyciskający się mop – marzenie każdej gospodyni domowej. Teraz tylko wystarczy wszystkim udowodnić, że wynalazek jest iście genialny, a milionom kobiet w Ameryce wmówić, że go potrzebują. W pierwszym pomaga jej rodzina i szemrani znajomi konkubiny ojca, w drugim Neil Walker (Bradley Cooper), szef stacji telewizyjnej sprzedającej ludziom wszystko, co tylko się da. Przez 2 godziny oglądamy wzloty i upadki (których jest o wiele więcej) w drodze do spełnienia amerykańskiego snu o sukcesie. Oczywiście droga ta okaże się trudniejsza niż mogło by się wydawać, bo nawet chwilowy sukces po chwili zmienia się w katastrofę. Jednak jak to w takich filmach bywa, Joy nie jest gotowa się poddać, mimo iż czasami opuszcza głowę w geście poddania się, za chwilę strzepuje niewidzialny pyłek z ramienia i pokazuje wszystkim who’s the boss.



Filmowy trójkąt znów w natarciu - David O. Russell, Bradley Cooper i Jennifer Lawrenece połączyli siły po raz kolejny i wyszło... jak zwykle. Nie zrozumcie mnie źle – sformowanie „jak zwykle” wcale nie miało zabrzmieć pejoratywnie, po prostu jak dla mnie nic nowego z filmów tej trójki już nie wynika. Zaczynając seans wiem, czego się spodziewać. Bohaterowie Russela wznoszą się wysoko, by potem spektakularnie upaść, a my stoimy bardzo blisko i obserwujemy te histeryczne przepychanki z życiem, z których prędzej czy później wychodzą zwycięsko i z dumnie uniesioną głową. Za pierwszym razem (Poradnik pozytywnego myślenia) mogliśmy się nabrać, za drugiem (American Husle) zirytować, teraz to już tylko obojętne wzruszenie ramion. Poziom wciąż ten sam, choć ja osobiście liczyłam na tendencję wzrostową... Filmy Russela są niezłe, tylko niezłe.

Podsumowując: Jest dobrze, choć liczyłam na więcej. O wiele więcej. Jeśli podobały Wam się poprzednie filmy Russela ten też Wam się spodoba. 


You Might Also Like

2 Comments

Instagram