Szukając siebie (Kim jest Michael 2015)

18:30


James Franco w pewnym momencie swojej kariery przestał być tylko aktorem (a może nigdy nim nie był). Wielu twierdzi, że cierpi na twórcze ADHD. Kręci po kilka filmów rocznie, studiuje, wykłada, człowiek orkiestra, ale nigdy nie śpiewa tak jak mu zagrają – to on wyznacza tony, wybiera instrumenty, pisze swoje solówki. Dlatego właśnie wydaje się być osobą bardzo skupioną na... sobie. Artystyczny egoista, cokolwiek by nie robił, zawsze wydaje się robić to, by o nim mówiono. Lubi szokować, intrygować, irytować, wiercić nam dziurę w brzuchu. Nie pozostawia ludzi obojętnymi, bo zdaje się że to najgorsze, co „big star wannabe” może zrobić. Albo go kochasz, albo nienawidzić. Za chwilę do kin wejdzie Kim jest Michael – film, który w naszym homofobicznym społeczeństwie nie ma szans na sukces, w sumie nie tylko w naszym – w żadnym. Nie rozbije box office'owego banku, przejdzie zapewne bez echa, a szkoda... bo to film, który zasiewa w widzu ziarenko tak zwanej „rozkminy”.


Główny bohater „I Am Michael” Michael Glatze przechodzi transformację - z geja-aktywisty staje się chrześcijańskim pastorem uważającym homoseksualizm za iluzję, z której każdy może się wyzwolić. Bohater grany przez Franco obraca swoje życie do góry nogami – od frywolnego życia w erotycznym trójkącie po uporządkowane życie obok kochającej żony i Kościoła. Na początku poznajemy Michaela garściami czerpiącego z tego, co daje mu życie – szczęśliwy młody człowiek, walczący o to, co wierzy. Zmiana otoczenia z kolorowego San Francisco na Halifax rodzi pewne wątpliwości, które manifestują się atakami paniki. Czy tak powinno wyglądać moje życie? Michael z ciekawości sięga po Biblię, która całkowicie odmieni jego życie.


Pewnie teraz kiedy to czytacie myślicie sobie: „Ten film to na pewno propaganda!” Albo lewaków, którzy chcą nam pokazać, że Kościół jest zły, bo ogranicza naszą seksualność i nie pozawala nam być sobą, albo katoli, którzy głoszą, że homoseksualizm trzeba leczyć. Debiutujący reżyser Justin Kelly nie staje po żadnej stronie barykady. I to jest w tym filmie najlepsze, nie jesteśmy indoktrynowani. Przychodzimy na seans z własnym systemem wartości i przez ten pryzmat staramy się bohatera zrozumieć. Zmiana, która zachodzi w głównym bohaterze jest bardzo powolna, bardzo subtelnie poprowadzona – w dużej mierze dzięki Franco, który właśnie w tych najtrudniejszych emocjonalnie scenach zdaje się być najlepszy. Nie szarżuje, nie przesadza, udaje mi się znaleźć złoty środek, stara się zrozumieć motywacje swego bohatera i zmusić nas byśmy też zrozumieli.

Trudno powiedzieć czy przemiana Michaela jest prawdziwa. Czy jego nowe życie nie jest tylko fasadą. Czy wystarczy, by ktoś miał silniejsze przekonania od niego, a on jak chorągiewka na wietrze zacznie powiewać w odpowiednią stronę. Nie dostajemy odpowiedzi na te pytania. Może to i dobrze, każdy z nas może postawić swoją kropkę na końcu zdania.


You Might Also Like

0 Comments

Instagram