To jest rak, a my mamy z nim wojnę (Chemia 2015)

16:00

Obejrzałam Chemię. Dałam się kupić bombardującym zewsząd opiniom o pięknej miłosnej historii, jakiej w Polsce jeszcze nie było. Wyszłam z kina bardzo rozczarowana. Przez kilka dni nie wiedziałam, co myśleć o tym filmie, ani co powiedzieć. Byłam zła na siebie, że dałam się kupić marketingowym zabiegom, byłam zła na twórców, że po raz kolejny pod przykrywką artystycznej wolności serwują nam takie COŚ. Ale zagryzłam zęby, bo znając historię, która była inspiracją dla wydarzeń tam przedstawionych, nie miałam sumienia napisać wprost – nie warto iść do kina! I nadal nie mam zamiaru tego robić, dlatego napiszę – sami zdecydujcie.

Chemia to opowieść o miłości, o walce o życie, o umieraniu, o trudach życia z umierającą osobą, jak i otaczaniu się w pełni sił ludźmi, kiedy samemu stoi się jedną nogą w grobie. Lena dowiaduje się, że ma raka. Poznaje Benka. Benek i Lena zakochują się w sobie, zachodzą w ciążę i walczą. O związek, o życie Leny i nienarodzonego dziecka, a potem także o życia innych kobiet (co w filmie zostało tylko zasugerowane). Razem toczą wojnę z rakiem, choć czasem ma się wrażenie, że toczą walkę z całym światem nawet ze sobą nawzajem. Inspiracją do tej historii było życie reżysera Bartka Prokopowicza i jego żony Magdaleny Prokopowicz, która zmarła na raka 3 lata temu. I stąd wynikał mój dysonans pomiędzy tym, co chciałam zrobić (czyli zjechać film na samym początku), a z tym czego nie chciałam robić (czyli spłaszczać wartości tej historii tylko do nieudanego filmu). Chemia to takie odbrązowienie pomnika, jaki postawiony został Magdzie (która założyła przecież fundację pomagającą kobietom w ciąży dotkniętym przez nowotwór) a zarazem pozłocenie go. Przypomnienie jej historii, tego jak kolorową i optymistyczną, a przede wszystkim silną osobą potrafiła być. Zawzięcie walczyła o życie swojego dziecka, pomagała innym osobom w podobnej sytuacji. Z drugiej Prokopowicz pokazuje też i tę mniej kolorową rzeczywistość, kłótnie, wycieńczenie, celowe sprawianie sobie przykrości, kiedy rak obejmuje kontrolę.



Chemia to jedna wielka metafora. Mam wrażenie, że co druga scena tam jest metaforyczna - z jednej strony jest to całkiem ciekawy koncept, z drugiej łopatologia w stosowaniu tych metafor po chwili nudzi. Dialogi jakby wyjęte z książek Coelho albo internetowych cytatów o miłość brzmią jakby wycięte z kartonu Irytuje to narzucenie widzowi, że wszystko co się dzieje na ekranie powinien uznać za oczywistość. Uwierzyć w wielką miłość na śmierć i życie po 5 minutach filmu, mimo iż bohaterowie nie zamienili ze sobą nie więcej niż 5 słów. Chemia to początkowo impresjonistyczny teledysk o miłosnych wyobrażeniach, który dopiero w drugiej połowie zaczyna powoli przeradzać się w historię z krwi i kości. I mimo iż ta transformacja nigdy nie przebiega do końca, im bliżej finału tym bardziej jesteśmy w stanie tę historię poczuć.

Żulewska i Schuchardt dają z sobie co mogą, a mogą wiele, bo to bardzo dobrzy aktorzy są. Operator, czyli Jeremi Prokopowicz ubrał tę historię w naprawdę piękne szaty. To co kuleje to niestety scenariusz – a tego nie naprawi nawet najzdolniejsza ekipa na planie. Mimo to nie odradzam seansu, bo Chemia to coś, co w Polsce pojawia się rzadko, pewną dozę świeżości, jakiś eksperyment. Więc może dajcie Chemii szansę, to że ja jestem cyniczką bez serca wcale nie musi oznaczać, że Wam się nie spodoba....


You Might Also Like

1 Comments

Instagram