[6. FKA] TOP 3 Festiwalu Kamera Akcja

13:07

Ludzie


Kamera Akcja to dla mnie festiwal szczególny, bo dla mnie nie tylko o filmy tu chodzi, a o ludzi i ogólny klimat. Po raz kolejny jechałam do Łodzi nastawiona na intensywny weekend i dokładnie to dostałam. Mimo iż kompletnie różnił się od poprzedniego roku, był równie cudny i na pewno wrócę tam za rok i za dwa, i za trzy i... tak dalej, tak dalej. Różnił się przede wszystkim tym, że w tym roku byłam trochę krócej i mniejszy nacisk kładłam na festiwalowe atrakcje, a większy na rozmowy i spotkania z ludźmi. Bo Kamera Akcja to taki festiwal, na którym nie tylko filmy są ważne, ale przede wszystkim ludzie. Zjeżdża się cała chmara blogerów z całej Polski i o dziwo chcą rozmawiać o filmach! :) Dlatego snu było mało, bo do 3 w nocy siedzieliśmy w festiwalowym Keja Pub i dyskutowaliśmy o tym, kto co lubi i dlaczego ktoś nie ma racji, bo nie lubi tego filmu, który ty akurat kochasz. Z te rozmowy i za te spotkania kocham łódzki festiwal. Żałuję, że nie pogadałam ze wszystkimi, z którymi chciałam – następnym razem to zrobię!  
Nieco inna panna M. i Płonący Celuloid 

 Movie się

Warsztaty z Kają Klimek i Błażejem Hrapkowiczem to zdecydowanie najlepszy punkt tegorocznego festiwalu. Bardzo fajni, pozytywni ludzie, którzy spotkali się z nami – amatorami, by poopowiadać o swojej pracy i tym, co najważniejsze jest, kiedy próbuje się mówić o filmach. Ja póki co takich zakusów nie mam, bo mówienie do kamery o czymkolwiek mnie przeraża, ale kto wie, czy na fali popularności wideo, kiedyś nie spróbuję czegoś z tym porobić? :) Postulat to organizatorów: Poproszę więcej takich warsztatów! :) Z ludźmi, którzy potrafią zainspirować i tak po ludzku opowiedzieć na czym polega ich praca, na co my powinniśmy zwrócić uwagę, jeśli chcemy robić to, co oni robią. Warsztaty na Kamerze Akcji to to, co wyróżnia ten festiwal na tle innych. Spotkania, które czegoś uczą. Dwie godziny spędzone produktywnie – wychodzisz i masz wrażenie dobrze spędzonego czasu.  

Filmy


Co to by był za festiwal filmowy bez obejrzanych filmów. Udało mi się zobaczyć 3 :) #sorrynotsorry. Pierwszym z nich była Wada Ukryta, czyli ostatni film Paula Thomasa Andersona – mimo iż niektórzy piali z zachwytu, ja wyszłam z seansu totalnie obojętna wobec tego, co zobaczyłam. Ani to ciekawe, ani poruszające, ani ładne, ani... nic. Ten film to chaotyczna opowieść o hipisowskim detektywie, który w międzyczasie upijania się i ćpania znajduje chwilę na prowadzenie kilku mało ciekawych śledztw. Ani te śledztwa nie są wciągające, ani główny bohater grany przecież przez jednego z moim ulubieńców Joaquina Phoenixa nie jest w stanie zainteresować swoją osobą. Koniec końców łapiesz się na tym, że w połowie filmu tracisz wątek i już nie wiesz, o czym jest ten film, ale oglądasz do końca, bo w sumie to nie chce ci się przeciskać między ludźmi, by opuścić salę. Po Andersonie spodziewałam się więcej, dużo więcej.
Z kolei seans W piwnicy pozostawił mnie z bólami fantomowymi penisa, którego nigdy nie posiadałam. Kto oglądał poprzednie filmy Ulricha Seidla wie, że to nie są najprzyjemniejsze seanse... Seidl wybiera na swoich bohaterów zazwyczaj postaci dość specyficzne i opowiada ich historie bez upiększania. Podaje widzom po prostu surowe mięso. Tak też rzecz się ma z filmem W piwnicy. Schodzimy do piwnic Austriaków i z każdą kolejną historią coraz bardziej osuwamy się w fotelu. Obrzydzenie miesza się z niedowierzaniem i fascynacją. Podstarzały neonazista, który swoją piwnicę ozdobił portretami Hitlera; para, której związek to 50 Shades of Grey w wersji hardcore (musieli mieć niezły ubaw, kiedy oglądali losy pana Greya); kobieta, z poukrywanymi w piwnicy lalkami, które traktowała jak swoje dzieci. Tacy ludzie naprawdę istnieją, ba mogą być nawet naszymi sąsiadami. Od tego seansu aż mam ochotę zajrzeć do piwnicy pani spod 2... Świat jest pełen freaków.
Ostatni seans, czyli Miłość od pierwszego ugryzienia – nie jest historią o wilkołakach ani wampirach - jak mógłby sugerować tytuł. To miłosna historia nastolatków zafiksowanych na punkcie umiejętności przetrwania w dziczy. Trochę taka miłosna wersja serialu Lost i Cast away. Całkiem przyjemny seans zamykający moją przygodę w tegorocznym Festiwalem Kamera Akcja.
Podsumowując: Te 40 godzin spędzonych w Łodzi uznaję za bardzo udane! 

You Might Also Like

0 Comments

Instagram