3 powody, dla których warto zobaczyć debiut Ryana Goslinga (Lost River 2014)

10:36


Z debiutem Goslinga jest jeden spory problem – on w nim nie występuje. Gdyby jego gęba pojawiła się choć na 5 minut na ekranie na pewno dostałby lepsze opinie i zapewne od razu wszedłby do kin, a fanki ślepo leciałyby na seanse. A tak, krytycy zjechali, film początkowo miał nawet nie trafić do kina, a Ryan pewnie siedzi w kącie i płacze. Obejrzałam Lost River nastawiając się na gniota, a dostałam całkiem niezły film.

Detroit, miasto ruin, z którego uciekli już prawie wszyscy poza Billy i jej synami. Kurczowo trzyma się domu, w których wychowała swoje dzieci, chociaż od trzech miesięcy spóźnia się z opłatą kredytu hipotecznego i grozi jej eksmisja. By powiązać koniec z końcem chwytają się różnych prac, Bones  - starszy syn Billy, zbiera i sprzedaje miedź, czym naraża się Bully’emu - samozwańczemu królowi Deitroit, który jeździ po mieście z megafonem grożąc każdemu, kto odważy mu się sprzeciwić. Billy z kolei dorabia sobie w dziwacznym klubie nocnym, w którym kobiety zamiast skąpą bielizną kuszą makabrą i krwistymi „skeczami” prosto z najstraszniejszych koszmarów. Gdzieś po drodze Bones poznaję Rat, która opowiada mu historię zatopionego miasta i klątwie, która rzucona została na wszystkich, którzy zostali na powierzchni. Bones nie wiadomo czemu postanawia, że złamie klątwę i uratuje swoich bliskich. 

Naprawdę nie rozumiem tej fali krytyki równającej film z błotem. Arcydzieło to nie jest, ale ogląda się całkiem nieźle – ma kilka smaczków wizualnych, muzycznych, aktorskich. Ot, taka filmowa ciekawostka, która urosła do miana filmu, którzy wszyscy kochają nienawidzić. We mnie nie wzbudził skrajnych emocji. Kilka rzeczy zdecydowanie przeszkadza. Kilka urzeka. Goslingowy debiut mógł być bardziej udany – to prawda. Lost River  przypomina trochę kolaż filmów znanych reżyserów. Kopiuj wklej z filmów Lyncha, Malicka czy Refna. Gosling porwał się z motyką na księżyc – za dużo dobrych pomysłów próbował na siłę upchnąć do filmu, bez pomysłu jak to zrobić.  Ale ja i tak chętnie skoczę na debiut Ryana do kina, a oto 3 powody dlaczego:

1. Zdjęcia hipnotyzują. 


Lost River to podręcznikowy przykład przerostu formy nad treścią. Gosling przez dwie godziny snuje swoje wizualne impresje, historię opowiada za pomocą obrazów intrygujących, elektryzujących, które niestety uwypuklających fabularne braki. To jednak nie przeszkadza by poddać się tej wizualnej uczcie. Ogień rozświetla cały ekran a krew ma odcień najjaskrawszej czerwieni. Wizualnie to film w stylu Refna, mięsisty i wyrazisty.




2. Matt Smith w roli Bully’ego przeraża.


Matta Smitha większość zapewne kojarzy z roli 11 Doktora, lekko zwariowanego władcy czasu. W Lost River zobaczycie Matta jakiego nie znacie. Psychotyczny Bully (jakże znaczące imię) wożący się po mieście w samochodzie ze specjalnie zamontowanym siedzeniem przypominającym tron, krzyczący groźby do megafonu. Przemoc to jedyne co zna, jedyne co lubi. Jego nieprzewidywalność to najbardziej przerażająca cecha. Nigdy nie wiesz czy kogoś zabije czy tylko odetnie mu wargi…

3. Psychodeliczny klimat wciąga.


Detroit Goslinga to miasto, które zbliża się ku apokalipsie, w którym króluje bezwzględność, przemoc i strach, a człowieczeństwo i moralność już dawno odeszły w zapomnienie. To obraz bardzo mroczny i intrygujący zarazem. Bohaterowie wyglądają jakby notorycznie przeglądali się w krzywym zwierciadle, przypominają bohaterów Lyncha, swoisty gabinet osobliwości. Przerażenie miesza się z obrzydzeniem, do tego wszystkiego dochodzi depresyjny romantyzm. Swego czasu znalazłam piękne określenie, którego ktoś użył opisując Lost River – hipsterska groteska – nie wymyśliłabym chyba trafniejszego sformułowania.


You Might Also Like

0 Comments

Instagram