Filmowy Kraków, czyli o tym, co oglądałam na tegorocznej PKO OFF CAMERZE.

11:42



Jedni biorą urlopy bo zwiedzać świat, inni by odpocząć na łonie przyrody – ja by siedzieć w kinie :) Zamiast odkrywać nowe zakamarki świata pojechałam na 9 dni do dobrze mi znanego Krakowa i odkrywałam nowe zakamarki sal kinowych. PKO OFF CAMERA zakończyła się prawie 2 tygodnie temu i z „lekkim” opóźnieniem przedstawiam Wam kilka filmów, które podczas trwania festiwalu udało mi się zobaczyć. Poziom tegorocznej edycji plasuje się gdzieś w połowie skali zajebistości – widziałam bardzo dużo filmów po prostu przeciętnych, którym bez mrugnięcia okiem wystawiałam noty 5-6. Tylko 3 produkcje wywołały u mnie jakieś większe emocje – 2 pozytywne, czyli Bridgend i O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu, o których napiszę oddzielne teksty, bo na to zasługują(!) i Jak całkowicie zniknąć – największa pomyłka tego festiwalu, nikomu nie życzę takiej męki, jaką przeżyłam podczas tego seansu.

Dziewczyny z bandy reż. Céline Sciamma 


Mariame dołącza do tytułowej bandy i dzięki nowym koleżankom przychodzi przemianę - z brzydkiego kaczątka w kobietę. Przestrzenią są tu paryskie osiedla, na których rządzi siła i przemoc, gdzie kobiety sprowadzane są do ról albo matek albo dziwek, a szacunek możesz zyskać tylko wtedy, kiedy obijesz komuś mordę. Nastolatkowie w filmie Sciammy są autentyczni - niepewnie patrzą w przyszłość, pełni wiary, a zarazem bardzo naiwni.
Historia pokazująca odkrywanie siebie, zdobywanie pewności, naukę mówienia własnym głosem i bycia niezależnym. Wyjątkowo trafny obraz młodości, bez pretensjonalności, czy łopatologicznego walenia schematami między oczy, które najczęściej charakteryzuje współczesne filmy o tej tematyce.  



Take me to the River reż. Martin Shore


To dokument muzyczny, który urzeka przede wszystkim barwnymi postaciami. Prezentuje legendy amerykańskiej muzyki bluesowej, które spotykają się z popularnymi obecnie przedstawicielami sceny hip-hopowej w celu nagrania wspólnego albumu. Odświeżają stare przeboje nadając im współczesnego sznytu. Nagranie każdej piosenki jest pretekstem do oddania hołdu wielkim artystom, dla których w wielu przypadkach ta sesja nagraniowa była ostatnią w ich życiu. Na naszych oczach odchodzą wielkie muzyczne talenty, o których wielu z nas zapewne nawet nie słyszało.  Po seansie aż się chcę posłuchać bluesa! 




Next time I'll aim for the heart reż. Cédric Anger


Dość mroczna historia seryjnego mordercy, który w latach 70 grasował we Francji. Niezły klimat, świetna główna rola - opowieść o facecie o dwóch twarzach, których w kinie co prawda wiele, jednak tę ogląda się świetnie, bo nie jest oparta na niedopowiedzeniach, a ciekawie zarysowanym portrecie psychologicznym mordercy.





Fidelio Alice's Odyssey reż. Lucie Borleteau


Ten film powinien nosić tytuł "Łóżkowe igraszki Alice". Główna bohaterka to dziewczyna o dość nietypowej profesji, otóż zna się na bebechach statków jak mało kto – w skrócie wie, którą śrubę dokręcić, by z mechanicznego punktu widzenia statek dopłyną z punktu A do punktu B – tak, próbuję powiedzieć, że jest mechanikiem okrętowym – czy jak to się tam profesjonalnie nazywa. :) Spędza długie miesiące na morzach tego świata otoczona samymi facetami, a to co wydarzy się na statu na statku zostaje... I tak Alice bez skrupułów zdradza swojego faceta, który na lądzie usycha z tęsknoty, ze swoją byłą miłością. Przez cały seans zastanawiałam się, o co tej dziewczynie chodzi i doszłam do wniosku, że ona po prostu nie lubi sama spać... A dodatkowe 36,6 u boku okazują się dobrym lekarstwem na morską samotność. Tylko tyle, głębszego przekazu nie ma co się dopatrywać.




Jak całkowicie zniknąć reż. Przemysław Wojcieszek


Jedyny chyba film festiwalu, na który poszłam w ciemno i strasznie tego żałuje. Już nigdy nie popełnię tego błędu. Często mówiąc o filmach używa się zwrotu „przegadany film” – ten był "przechodzony" – dosłownie! Fabuła opiera się na tym, że 2 dziewczyny spotykają się w metrze, a potem całą noc spędzają na łażeniu po mieście, a ich wspólny spacer ewoluuje w coś na miarę seksualnego zainteresowania i pożądania. W filmie nie dzieje się praktycznie nic, poza tym że zmienia się otoczenie wraz z przemieszczaniem się głównych bohaterek. Mieliśmy chyba być świadkami rodzącego się uczucia, a byliśmy świadkami nieskoordynowanej wycieczki po Berlinie. Brak tu punktów zaczepienia, scen, które mogłyby jakoś obudzić widza z letargu, w który zapada coraz głębiej z każdą kolejną minutą filmu. Nuda, nuda, nuda – nie polecam.




Patrick's Day reż. Terry McMahon


Istnieje coś takiego jak reguła Q&A – osoby, które oglądają filmy na festiwalach filmowych, lub pokazach premierowych, po których twórcy wychodzą i opowiadają o pracy nad filmem zapewne przyznają mi rację. Otóż razem z Pauliną z Apetyt na film zauważyłyśmy, że jeśli uczestniczymy w seansie nawet bardzo przeciętnego filmu, to po takim spotkaniu z twórcami, reżyserem, aktorami, film zawsze zyskuje na wartości – ostateczna ocena zawsze jest wyższa, niż gdybyśmy ją wystawiły po zwykłym seansie. Poznajesz ludzi, którzy poświecili kilka, czasem kilkanaście miesięcy swojego życia i ciężkiej pracy, by opowiedzieć pewną historię. Przestają być anonimowi, a przez to trudniej jest ich pracy nie docenić.

To samo spotkało mnie po seansie Patrick's Day – film to trochę taki przeciętniak poruszający ciężki temat – schizofrenii, jednak spotkanie z Terrym McMahonem, które należało do jednych z najlepszych Q&A, w których uczestniczyłam, spowodowało, że automatycznie zmieniłam nastawienie do samego filmu. :)

Jest to historia Patricka, schizofrenika, który pewnej nocy zakochuje się w przypadkowo poznanej stewardesie. Karen jest na granicy załamania, gotowa by zrobić ten ostateczny krok, czyli odebrać sobie życie, kiedy z butami wchodzi w nie Patrick i odwodzi ją od tego zamiaru. Patrick mieszka w domu opieki, w którym zamknęła go matka niedająca sobie rady z samotną opieką nad synem. Stara się go chronić przed światem, przed chorobą, przed nim samym. Film to przede wszystkim studium choroby, jaką jest schizofrenia, pokazuje nam jak błędne mniemanie jej towarzyszy, jak mało przeciętny człowiek, który nie miał z nią styczności o niej wie. Reżyser wprowadza świetny zabieg, który powoduje, że w pewnym momencie sami już nie wiemy co jest prawdą, która wersja wydarzeń jest prawdziwa – czy wierzymy kamerze, która opowiada wydarzenia z perspektywy schizofrenika, czy rzewnym wyznaniom matki? Czy pozornie szczęśliwe zakończenie naprawdę się wydarzyło, czy było tylko wytworem wyobraźni chorego chłopaka?







You Might Also Like

0 Comments

Instagram