Please don't stop the music (Party Girl 2014)

14:39


Party Girl miałam okazję obejrzeć dzięki projektowi Scope 50 i jest to pierwszy film, który mnie tak naprawdę poruszył. Tyle przewalonych schematów, tyle odwróconych na drugą stronę stereotypów, tyle mięcha i jakiegoś takiego realizmu pozbawionego tanich chwytów. Bohaterowie, tacy prawdziwi, namacalni. To taki film, po którym kiedy wychodzisz z kina myślisz sobie - "W końcu jakaś dobrze opowiedziana historia". A ostatnia scena z tytułową piosenką - wisienka na torcie. To jest film godny polecania, na który wysyłała będę wszystkich znajomych, jeśli pojawi się w kinie. 

Angélique (Angélique Litzenburger) to podstarzała tancerka erotyczna, która w swoim wyobrażeniu nadal jest niezłą „party girl”, dlatego bawi się do upadłego i upija na umór. Jej stały klient Michael wyznaje jej miłość i proponuje by porzuciła życie w burdelu i zaczęła nowe u jego boku. Angélique pełna wątpliwości, ale i nadziei zgadza się i tak zaczyna się jej walka z przyzwyczajeniami i przeszłością. Nowe życie, w nowym miejscu, u boku mężczyzny co do uczuć, wobec którego nie jest pewna. Jak trudno jest zmienić swoje przyzwyczajenia, jak trudno zrezygnować z wolności, jak trudno umiejscowić się w granicach stawianych przez drugą osobę. Kiedy nie możesz każdego wieczoru spędzać w barze kokietując facetów, a nocy kończyć kieliszkiem tequili z koleżankami. Kiedy pomyśleć trzeba o tym, czego chce lub nie chce druga osoba. Angélique z jednej strony pragnie wyrwać się dotychczasowemu życiu - dopóki w nim jest, ale szybko zaczyna za nim tęsknić. Wizja uporządkowanego (w końcu) życia z jednej strony kusi, z drugiej taką wytrawną „party girl” szybko zaczyna nudzić. Pragnie bliskości, marzy o tym, by być kochaną, uwielbianą, by móc na kimś polegać, ale zarazem boi się tego najbardziej na świecie. Tego, że zatraci swoją tożsamość, że nie będzie już uniesionych w tanecznym geście rąk do góry, a pozostanie tylko gotowanie i mycie podłogi. Że już nawet papierosa spokojnie nie zapali, bo przecież "nie przy jedzeniu", "nie w domu".

Party girl to pewnego rodzaju filmowa polemika z Pretty Woman – uroczej historii o pięknej prostytutce, która znajduje swojego wymarzonego księcia. Tu ani prostytutka nie jest piękna, marzenia nie do końca się spełniają, a książę wcale nie jest takim bajkowym, jakiego byśmy sobie jako widzowie życzyli. Nawet Woman nie jest kobietą, a tylko Girl – czyli dziewczynką, tak naprawdę w ciele kobiety zamkniętą. Podstarzałą panią do towarzystwa, która ma coraz mniej klientów bo tych zabierają jej młodsze i atrakcyjniejsze koleżanki, której z „party” zostało tylko upijanie się w barze i porzucanie na parkiecie resztek swojej godności. 

Party Girl to trochę bajka o księciu na białym koniu w krzywym zwierciadle. Bieli mamy tu niewiele za to dużo neonowych kolorów reflektorów baru ze striptizem, ciemnych cieni do powiek i kolorowych fatałaszków podstarzałych tancerek. Choć raz nie mamy pięknych ciał, zagubionych gdzieś w meandrach życia młodych dziewczyn, które potrzebują tylko pomocnej dłoni, żeby wyjść na prostą. Za to mamy podstarzałe, zbyt mocno wymalowane i zbyt obciśle ubrane brzydkie kobiety, które najłatwiej byłoby karykaturalnie przedstawić - ku przestrodze. Na szczęście twórcy uciekają od takich tanich skrótów myślowych, nie podejmują się moralizatorstwa, wytykania palcami, stawiają na empatię, próbę zrozumienia, pokazanie bohaterów jako ludzi z krwi i kości z przekonaniami i wątpliwościami. Każda, nawet poboczna postać wydaje się mieć w sobie jakąś prawdę. W ich oczach, mimice, gestach widzimy ich historię, nawet jeśli przez cały film odezwą się tylko raz. To rzadkie w kinie, żeby mówić tak wiele nie mówiąc często nic wprost.


You Might Also Like

0 Comments

Instagram