Momenty były? No, były. (Pięćdziesiąt twarzy Greya 2015)

20:09















Obejrzałam Fifty shades od Grey. Ba, nie odmowiłam sobie przyjemności popatrzenia na Dornana na dużym ekranie. Na salę kinową wchodziłam z ogromnymi oczekiwaniami. Mianowicie oczekiwałam, że to będzie wyjątkowo słaby film - i nie zawiódł mnie. Uff, twórcy spełnili może oczekiwania, ale seansu wcale nie żałuję, bo ubaw miałam przedni. Jednak odpowiednie towarzystwo i atmosfera pomoże przebrnąć przez najwięszy filmowy niewypał. Przyznać jednak muszę, że momenty były - było ich całkiem sporo...

Były momenty, kiedy Dornan wyglądał niezłe jako Grey (nawet bez brody). Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Greya w trailerze pomyślałam sobie "Serio i to on ma grać faceta, którego pożądało 100 milionów kobiet na świecie?" Potem obejrzałam The Fall i zrozumiałam decyzję castingową. Niestety to czego brakuje Greyowi, a czego Paul miał pod dostatkiem to charyzmy, osobowości i... brody. W jego wypadku broda robi robotę. Nie rozumiem, dlatego twórcy nie podążyli za popularnym ostatnio trendem Lumbersexual  - totalnie nie rozumiem. Tak czy inaczej Grey, na którego wszyscy narzekali, okazał się całkiem niezły... wizualnie.

Były momenty wielkiej irytacji i zażenowania. Gra aktorska kuleje tu tak bardzo, że po prostu źle się na to patrzy. Nie wiem, czy to wina reżyserki, która nie umiała aktorów poprowadzić, pomóc im nadać bohaterom jakiejś głębi. Czy po prostu sami aktorzy byli zażenowani tym, że ich agenci przekonali ich to zagrania w tym pseudo erotyku dla kur domowych. Dialogi były z prima sort drewna - nie wiem czy Leatherface (Teksańska masakra piłą mechaniczną) dałby radę je pociąć swoją piłą. Ciągle zagryzanie warg czy rzucane półuśmieszki - oto pełną gama emocji, jakiej mogliśmy uświadczyć na ekranie.

Były momenty, kiedy Ana była najbardziej denerwującą kobietą w historii kina - w sumie każdy moment, kiedy była na ekranie. Dakota nawet próbowała wygrać jakieś uczucia, ale przy źle napisanej postaci, nawet usilne starania nic nie dadzą. Tak więc zagryzała wargę, przewracała oczami, dziwiła się, płakała i była przy tym wszystkim mało przekonywująca. Jedno jej się udało. Pokpiwanie z upodobań Greya. Te nagłe wybuchy śmiechu, kiedy chciał ją "karać", te uśmiechy pod nosem, te spojrzenia mówiące - seriously? Seriously Christian?!

Były momenty, kiedy muzyka kradła film. Nawet przy najgłupszych scenach muzyka biegła z pomocą obrazowi. Bo kiedy nie mogłam uwierzyć w to, co oglądam, mogłam chociaż pobujać się w rytm fajnych piosenek. Od I put a spell on you w wykonaniu Annie Lennox otwierającej film, przez remixy Beyonce, po zamykający Weekend. Muzyka zrobiła wielką przysługę Greyowi, powiedziałabym nawet że go Zdominowala - powinien dać się jej wychłostać "za karę".

Były momenty, kiedy z ust bohaterów padały takie suchary, że miałam ochotę rzucić czymś w ekran: 
I don’t make love. I fuck. Hard - tak wiem, że to w zamierzeniu miało być pewnie seksowne, ale dla mnie zabrzmiało jak tekst gwalciciela. Run Ana, run, zanim dostaniesz klapsa.
Ból jest tylko w twojej głowie - prawdziwy Paolo Coehlo sadomaso, doprawdy. 
I'm fifty shades of fucked up. - no shit, Sherlock...

Były momenty, kiedy myślałam, że wyrzucą nas z sali. Śmiałyśmy się odrobinę za głośno, komentowałyśmy odrobinę zbyt często. Dziewczynki z tyłu oglądały się intensywnie chcąc nas uciszyć. Poziom tego filmu zrobił swoje – nie dało się go oglądać z zachowaną powagą.

No i w końcu były momenty - Momenty. Przecież miał to być film o seksie, a nie o zagryzaniu ołówka. On miał się tylko pieprzyć i to ostro, tymczasem wyszło na to, że jest uczuciowym impotentem - a jego bardzo szczególne upodobania ograniczały się do smyrania swojej Uległej pawim piórkiem i kilkukrotnym uderzeniu pejczem, co bardziej przypominało łaskotki niż zabawę w sadomaso, na którą wszyscy przyszli do kina. Tak więc Momenty ograniczały się do gołej klaty Dornana (za co osobiście, jako fanka jego urody, twórcom dziękuje – bo to jedyna tak naprawdę namiastka seksowności w tym filmie), nieogolonych nóg Any, włosów łonowych i cycków, a sorry - były też pośladki. Niestety po raz kolejny Amerykanie udowodnili że są dziś zbyt pruderyjnym narodem i boją się pokazać trochę więcej akcji, niż tylko filmowanie z góry nagie ciała. Do Europejczyków im daleko (żeby przypomnieć choćby ostatnie Życie Adeli i sławetną 10-minutową scenę seksu, o której Grey może tylko pomarzyć czy Intymność sprzed 15 (sic!) lat, gdzie pokazano niesymulowane sceny seksu). Niestety poza kinem niezależnym nie uświadczymy amerykańskiego seksu, poza tym ugrzecznionym, który zamiast rumieńca wywołuje wybuch śmiechu.



You Might Also Like

2 Comments

Instagram

Blog Archive