W kilku słowach (John Wick i Mów mi Vincent)

21:45

John Wick reż David Leitch, Chad Stahelski

Wystarczył trailer bym chciała zobaczyć ten film. I to wcale nie dlatego, bo poczułam, że to będzie świetny film,  wręcz przeciwnie – dlatego, bo poczułam, że to będzie film tak zły, że aż epicki w swej beznadziejności. Niestety trochę się przeliczam - bo John Wick to film bezbarwny, który nie wzbudził we mnie żadnych emocji - jedynie intensywne ziewanie. 

John pogrążony w żałobie po śmierci żony próbuje poradzić sobie z nową sytuacją. Jego nieoczekiwanej samotności zaradzić ma pies którego został w pośmiertnym prezencie od żony. Niestety pod osłoną nocy rosyjscy gangsterzy szczerzący sobie kły na jego mustanga z 69 roku nie tylko ukradną samochód i spuszcza łomot Johnowi, ale także zabiją jego szczeniaka. To przeleje szalę goryczy (to moment z trailera, który wywołał u mnie salwę śmiechu) i mroczne alterego Johna weźmie nad nim górę. Otóż okazuje się, że Wick to emerytowany zabójca na zlecenie, który jest w stanie zabić każdego - jednak nikt nie jest w stanie zabić jego.  Niemalże mitologiczny stwor. Postanawia zemstę, która musi się dokonać.


Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że gdzieś z tyłu głowy wciąż kołata się ta myśl – to jest facet, który mści się za zabicie psa. Nie żebym była jakaś nieczuła i nie lubiła psów, ale serio? Kino zemsty zaczynającej się od zabitego psa. Aha. Poza tym John Wick to całkiem niezłe kino akcji, ze świetnymi zdjęciami (kolorami automatycznie przywołującymi na myśl Tylko Bóg wybacza), dobrą ścieżką dźwiękową (największy atut tego filmu, to właśnie muzyka), kilkoma niezłymi pomysłami (jak hotel Continental, czyli swego rodzaju azyl dla płatnych zabójców, w którym trwa wieczne zawieszenie broni) i trupem ścielącym się gęsto. Liczyłam jednak na coś więcej niż Keanu wymachującego rękami i nogami, wymierzającego śmiertelne ciosy i wystrzeliwującego zabójcze pociski. Oczekiwałam fabuły, której tu niestety zabrakło. Została tylko zemsta.

Mów mi Vincent reż. Theodore Melfis 

Gorzko-słodki film Theodore Melfisa przedstawia nietypową przyjaźń zgryźliwego faceta z pociągiem do alkoholu z małym chłopakiem o nieprzeciętnym uroku osobistym i inteligencji.

Maggie, po tym jak odeszła od męża, który miał ciągoty do innych kobiet, przeprowadza się na Brooklyn. Jej sąsiadem okazuje się Vincent, który jako że potrzebuje kasy na alkohol, prostytutki i hazard oferuje, że zaopiekuje się jej synem za „drobną” opłatą. I tak zaczyna się ta niezwykła przyjaźń, pomiędzy najbardziej uroczym dzieckiem, jakie mieliśmy okazję zobaczyć ostatnio w kinie, a facetem, którego nikt nie lubi i który sam też nie lubi nikogo.

Vincent to alkoholik, którzy żyje sam, sypia z ciężarną rosyjską prostytutką, kasę przegrywa na wyścigach konnych, resztę zostawia w barach. Nie ma przyjaciół, nie ma dobrego zdrowia, ma jedynie debet na koncie i zły stan zdrowia. Rola Murraya, na którą wszyscy czekali – zgorzkniały babysitter. Coś pięknego i nie ma w tym krzty sarkazmu z mojej strony. Vincent pomaga Oliverowi dorosnąć i walczyć o swoje, Oliver za to wniesie odrobinę radości w życie zgorzkniałego Vincenta. Tworzą jakieś zbalansowane połączenie dziecięcej energii i optymizmy z pesymistycznym, acz zabawnym spojrzeniem na świat.

Mów mi Vincent to film oparty na prostej i dość schematycznej fabule – a jednak! Jest w tej prostocie metoda i urok, który powoduje, że kupujesz tę historię i jej bohaterów. Jeśli zastanawiacie się na co iść do kina, a macie ochotę na film, który wprawi was w dobry nastrój polecam Mów mi Vincent - film z pozoru wtórny, ale dzięki świetny kreacjom aktorskim wnoszący powiew świeżości.

You Might Also Like

1 Comments

Instagram

Blog Archive