Funk don't quit (Get on Up 2014)

11:41


   Get on up to biografia każdemu dobrze znanego muzyka, ojca soulu, ojca funku, autora najczęściej samplowanych kawałków, posiadacza najbardziej rozpoznawalnego głosu w historii soulu. Kto nie zna takich przebojów jak: It's a Man's Man's Man's World, I Feel Good czy Sex Machine powinien schować głowę w piasek i zawstydzić się głęboko, bo po prostu nie wypada. Tate Taylor w swoim filmie przeprowadza nas przez życie artysty, tłumaczy nam jego szaleństwa, prezentuje jego muzyczny geniusz, stara się odbrązowić postawiony mu przez historię pomnik, co nie do końca mu się udaje, bo przez film, zamiast zamierzonego (chyba) obiektywizmu, wyziera się umiłowanie do wielkiego artysty, jakim bezdyskusyjnie Brown był. Pierwszy zespół Famous Flames, muzyczne ideały, kariera solowa, kobiety, stracone przyjaźnie, rozrachunki z przeszłością. Jednak to, co filmie wydaje się najciekawsze to te rysy na odmalowanym przez reżysera portrecie, to źródło blizn i zmarszczek pokrywających twarz muzyka, niż jego sceniczne szaleństwo. Tego mi tu zabrakło – wnętrza. Psychologizacja postaci potraktowana została bardzo po macoszemu, za dużo strojenia min (co odgrywającemu postać Browna Bosemanowi wychodziło bardzo dobrze, to mu trzeba przyznać) za mało prawdy. Prawdę widać tylko w urywkach pokazujących dzieciństwo Browna, chłopca, który nie do końca potrafił zrozumieć co się wokół niego dzieje. 


  W bardzo uproszczony sposób reżyser tłumaczy wszelkie zachowania Browna. Dzięki poszatkowanej chronologii aż nazbyt nachalnie wyjaśnia widzom motywacje głównego bohatera. Przemoc w stosunku do kobiet wziął od swojego ojca, który chętnie i często wyciągał łapy w kierunku żony, by chwile potem zanieść ją do sypialni. Osamotnienie muzyka i to, że największe sukcesy odniósł jako solowy artysta, wytłumaczyć można traumą porzucenia przez matkę, a seksapil, którym ociekały wszystkie jego występy wyniósł z burdelu, w którym się wychował.
   Film ogląda się świetnie, muzyka, dynamiczny montaż, świetna rola Bosemana, który odnalazł się w roli Browna jak ryba w wodzie. Jednak przeszkadza odrobinę fakt, że Taylor skupia się na najważniejszych wydarzenia z życia muzyka, jakby chciał mimo wszystko odmalować mu laurkę w złocie, zamiast pominąć kilka wątków i na siłę pokazać jak najwięcej, mógł ograniczyć fabułę, pokazać wycinek życia i skupić się bardziej na samym wnętrzu, na psychice – wtedy Brown stałby się bardziej autentyczną postacią, bliższą nam zwykłym śmiertelnikom, którzy znali go tylko z płyt i jego magnetycznego głosy – nie kolejnym legendarnym, pomnikowym muzykiem z nutką szaleństwa, która ostatecznie wybrzmiewa najgłośniej.
     Jest to po prostu tylko i aż kolejna bardzo dobrze zrobiona biografia muzyka. Idealny reprezentant gatunku, nie wnoszący niestety niczego nowego ani świeżego.



You Might Also Like

0 Comments

Instagram

Blog Archive