Blogerzy w Krakowie, czy II Zjazd Blogerów i Vlogerów Filmowych

11:28


Wychodzi na to, że blogerzy filmowi to bardzo towarzyskie istoty są, bo już 2,5 miesiąca po I spotkaniu odbył się II Zjazd Blogerów Filmowych i to w znacznie liczniejszej grupie. Kraków dopisał pod względem pogody, atrakcji, organizacji i frekwencji właśnie, a przede wszystkim pod względem ludzi – przecudnych ludków z różnych odległych miejsc Polski, których dotąd kojarzyłam tylko po adresie internetowym bloga, a dziś do tych wszystkich czytanych przeze mnie słów, w końcu mogę przyporządkować twarz.

Zaczęliśmy kulturalnie - poranną kawą by skończyć jak zwykle... alkoholem. Cóż nowego? Miejsce w samym sercu krakowskiego rynku z wyjątkowo krętymi schodami. Zastanawia mnie, czy te schody nie były jakimś pierwszym etapem eliminacji, bo jak powszechnie wiadomo blogerzy to bardzo zawistni i zazdrości ludzie są, więc z ogromną satysfakcją patrzyli, czy kolejna przybywająca osoba nie potknie się i nie zwolni dodatkowego miejsca w polskiej blogosferze... Ku rozczarowaniu wszystkich nic takiego nie miało miejsca. 17 osób usiadło przy kawce i kanapce próbując się poznać. Przyznam, że łatwe to nie było. O ile w Warszawie było nas 11-ścioro i jakoś tak łatwiej było nawet złapać kontakt wzrokowy z każdym, to tu było to nie lada wyczynem. Niby tylko 6 osób więcej, a jednak. A ze wstępnych ustaleń wynikało, że ma być nas więcej (#gdziejestStanisław), co by się wtedy działo... Przy śniadanku, co byśmy się za bardzo rozmową nie znudzili, dostaliśmy prezenciki od Warner Bros. – mega miło, dziękować! Każdy miał w torbie inne cuda, a że blogerzy filmowi to bardzo dobrzy i empatyczni ludzie są, to powymienialiśmy się ze sobą ich zawartością, by każdemu zrobić dobrze i by każdy usatysfakcjonowany mógł iść do kina i cieszyć się resztą dnia.


Do kina poszliśmy, a owszem, bo jakżeby inaczej. Best Film pokazał nam w moim ukochany krakowskim Kinie pod Baranami przedpremierowo Klub Jimmy'ego (o filmie ukaże się oddzielny tekst w poniedziałek), który podobno zgarną 10 minutowe oklaski w Cannes – podnieśli nam oczekiwania na samym wstępie. Oczywiście z kina nie wyszliśmy z pustymi rękami, dystrybutor sprezentował nam poprzedni film Kena Loacha "Whisky dla aniołów" (którego ja jeszcze nie widziałam, tak wstyd mi – chyba), także po raz kolejny poczuliśmy się rozpieszczani. :)
Pominę etap, kiedy to udaliśmy się na pizzę i prowadziliśmy długie dyskusje o naszych serialowych miłościach, planowaliśmy spotkanie w Łodzi na Kamera Akcja (jaram się jak "płonący cellulit"), uświadomiliśmy Anię, że jej wielka miłość „gra w innej drużynie” oraz odkryliśmy (co mnie oburzyło niezmiernie), że Óla, nie oglądała nigdy Harrego Potter. Pominę to wszystko i przejdę do tej części spotkania, która moje blogerskie serduszko ucieszyła najbardziej – wystawy Kubricka.


MuzeumNarodowe w Krakowie zrobiło w tym roku coś, za co oklaski biła im będę do końca życia. Sprowadziło Kubricka do Polski. Nie samego Stanleya, jako że wszyscy wiemy, że nie ma go już wśród nas, ale jego filmy, jego twórczość, jego ducha. Ktoś podobno napisał, że ta wystawa to zbiór śmieci z produkcji, cóż całkiem nieźle czułam się na tym filmowym wysypisku. Każdy film ma wydzieloną salę, na której znajdziemy gadżety z filmu, scenariusze, kostiumy, fragmenty dokumentów o filmach, plakaty itp. itd. Wszystko to, co w jakimkolwiek stopniu zainteresować może Kubrickowego fana. Każda kolejna sala powodowała u mnie coraz silniejsze palpitacje serca wywołane fanowską ekscytacją. Współczułam trochę tym, którzy Kubricka lekko w swym blogerskim życiu zignorowali i nie rozumieli szerokich uśmiechów na twarzach co poniektórych ludzi (tak mówię o sobie). Muzeum w całej swej wspaniałomyślności podarowało nam creepy plakaty z bliźniaczkami z Lśnienia, który teraz dumnie wisi nad moim łóżkiem, a precyzyjnie rzecz ujmując – obok niego. :)
 


Tak, jak mówiłam wszystko skończyło się alkoholem, więc udaliśmy się liczną grupą na delikatnie zakrapianą posiadówę wypełnioną wstydliwymi wyznaniami filmowymi, licznymi oświadczynami i planowaniem blogerskich dzieci.

Podsumowując: Było cudnie. Tu wielkie dzięki dziewczynom, które podjęły się zorganizowania tego blogerskiego spędu – Paulinie i Magdzie – jesteście super. Oczywiście podziękować muszę również dystrybutorom Best Film i Warner Bros. – nie tylko z czystego obowiązku, ale taż ze szczerego serduszka, bo zainwestowali w nas czas i pieniądze – także DZIĘKI. Wielkie propsy też dla Muzeum Narodowego i Kina pod Baranami – 2 punkty na mapie Krakowa obowiązkowe do odwiedzenia!

Widzimy się w Łodzi!

You Might Also Like

3 Comments

Instagram