Zagraj to jeszcze raz LLewyn (Inside Llewyn Davis 2013)

19:27

Nie da się o tym filmie napisać i nie zdradzić przy tym zakończenia. Choć z drugiej strony zakończenie to zbyt duże słowo. Temu filmowi go brakuje i to być może już za duży spoiler. Końcowymi scenami wracamy do punktu wyjścia, zataczamy koło a w głowie zostaje pytanie, co jest grane? Jest to film bardzo Coenowski, z bardzo Coenowskim bohaterem.
Llewyn Davis to nowojorski muzyk folkowy oczekujący na upragniony przełom w karierze a może i karierę w ogóle. Oczekujący to w jego wypadku słowo klucz, ponieważ Llewyn czekając aż sukces spadnie na niego, jak grom z jasnego nieba snuje się po nowojorskich klubach i po kanapach znajomych. Wieczorami z gitarą w ręku wyśpiewuje folkowe ballady i czeka (znów czeka) aż sprzedaż jego płyt podskoczy na tyle by mógł przestać liczyć każdego dolara. Niestety chłopców z gitarą tułających się po świecie, śpiących na podłogach znajomych i spędzających długie zimowe wieczory w zadymionych knajpach jest wielu.
Film Coenów to nie jest ekranizacja kolejnej kartki z pamiętnika muzycznej historii. Brak mu splendoru sukcesu, brak spektakularnych kłód rzucanych pod nogi, brak momentu katharsis, brak refleksji co ta zła, zła sława potrafi zrobić z człowiekiem. Brak w nim pomyślności, szczęścia, sławy czy sukcesu w ogóle. Mamy za to pod dostatkiem melancholii, przygnębienia i błądzenia po omacku. Co jest grane panie Davis? to gorzka bajka o niespełnionych marzeniach.
Spodziewana przemiana nie zachodzi, bohater jakby niczego nie wynosi, a widz jedynie przeświadczenie, że szczęśliwe zakończenie nie jest dane każdemu i nie ważne ile prób będziemy podejmować spełnienie nie przyjdzie. Llewyn błądzi gdzieś po ulicach Nowego Jorku, błądzi nie tylko w sensie dosłownym, pukając do drzwi coraz to nowych ludzi w poszukiwaniu kanapy i dobrego słowa, on błądzi też w kontekście życiowym. Brakuje mu punktu stałego, jakiejś kotwicy czy koła ratunkowego, którego mógłby się chwycić i wyjść na powierzchnię. Tymczasem on dryfuje gdzieś na powierzchni sam nie wiedząc, w którą stronę powinien płynąć by dotrzeć do brzegu, odnaleźć cel. Kino nie lubi bohaterów takich jak Llewyn. Skazanych na porażkę luzerów, dla których happy end nigdy nie nadchodzi. Lubimy się przecież wszyscy oszukiwać, że jakoś to będzie, że w końcu się uda, że po latach chudych muszą przyjść tłuste.


Przyznać muszę, że to co urzekło mnie najbardziej to genialny soundtrack. Zakochałam się w nim od pierwszej usłyszanej piosenki. Spokojne folkowe ballady w wykonaniu Oscara Isaaca świetnie współgrają z klimatem lat 60, ciemnymi od papierosowego dymu spelunami, i historią o folkowym bardzie marzącym o sukcesie, który prawdopodobnie nigdy nie nadejdzie. Jakoś tak chwytają za serce i powodują, że aż mam ochotę zanucić pod nosem chłopak z gitarą... Dodatkowo zdjęcia (nominowane do Oscara) świetnie współgrają z treścią filmu. Lekko przyżółcone, przybrudzone odcienie brązów i szarości nadają klimat trochę oniryczny. W końcu ten film to sen o wielkiej sławie, niestety nie każdemu jest dane zostać kolejnym Elvisem.


You Might Also Like

6 Comments

Instagram