O miłości, która rani przede wszystkim (Płynące wieżowce 2013)

16:25


  Ponieważ ja pod względem kina jestem, jak stereotypowa dziewczyna, czyli lubię wszystko to, co się świeci to film Wasilewskiego ma u mnie dużego plusa, bo jest typem błyskotki, bardzo w moim guście. Nie dlatego, że jest upstrzony brokatem, jak np. Wielki Gatsby, bo nie o to mi chodzi, ale dlatego, że jest to film atrakcyjny wizualnie ale zarazem prosty. Ładny, ale nie przesadzony. Bo można kupić sobie naszyjnik za tysiące z diamentami i kryształami nałożyć go raz i stwierdzić, że do niczego więcej mi nie pasuje, a można kupić tańczą wersje z sieciówki bez zbędnych ozdobników i nosić do każdego outfitu aż ci się rozleci. Dobra, za daleką zabrnęłam z tą metaforą. Chodzi o to, że Płynące wieżowce to kino autorskie, które ja lubię, gdzie poza fabułą mówi do nas obraz, w którym film chce nam coś powiedzieć a nie tylko zabawić i to u Wasilewskiego znajdziemy. 
Plakat bardzo dobry, niestety nie polski.
  Niestety w przypadku Płynących wieżowców Wasilewski za bardzo skupił się na formie a trochę zapomniał o treści. Wyszłam z kina bardzo zmieszana, już dawno tak się nie czułam. I to nie dlatego, że film wywarł na mnie tak duże wrażenie, że nie wiedziałam co zrobić ze sobą dalej, ale dlatego, że nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie – czy film mi się podobał? Trawiłam, trawiłam i przetrawiłam. Po 3 dniach mogę odpowiedzieć – i tak i nie. Ale po kolei. 
  O czym jest historia wie każdy, wystarczy rzucić okiem na polski plakat, większość zapewne widziała trailer. Podobne historie już były. Kuba studiuje, uprawia sport prawie zawodowo, ma dziewczynę - Sylwię, mieszka z mamą – przeciętny chłopak w jego wieku. Potem poznaje Michała i bum – coś się podziało, coś zaskoczyło pojawiło się między nimi uczucie. Film opowiada historię wzlotów i upadków tego uczucia. Znamy to przecież. Ale nie jest do końca tak, że film to wtórny produkt wielu wątków zaczerpniętych z innych filmów poruszających się w okolicach tematyki LGBT. Płynące wieżowce podejmują kilka ciekawych wątków, na które warto zwrócić uwagę. Niestety największym problemem tego filmu jest to, że „jest tu wszystko a zarazem nie ma niczego”. Bo owszem pokazuje problem homofobii, coming outu, próbę odnalezienia własnej tożsamości, reakcje rodziny, dramat pozostawionej dziewczyny, dziwne relacje z matką, a na dodatek w tle mamy ładną hipsterską Warszawkę, z posiadówami na dachach, i artystycznymi wernisażami, spotkaniami w tunelach czy parkingach oświetlonych ciepłym blaskiem latarni. Ale wszystkie te wątki są tylko pozaczynane, liźnięte, „niedorozwinięte”. I to mi najbardziej w tym filmie przeszkadza – miałam dowiedzieć się tak dużo a nie dowiedziałam się niczego. Nawet to uczucie, takie nieprawdziwe... 


  Chłopcy się poznają, palą papierosy, jeżdżą pociągami, patrzą na siebie i nagle ni stąd ni zowąd pada wyznanie. A widz się zastanawia, ale chwile, skąd to? Dlaczego? To już? To miłość? Zabrakło pasji, zabrakło uczucia w uczuciu. Ja rozumiem, że być może Wasilewski chciał to pokazać sensualne, za pomocą klimatu, bo owszem te spojrzenia są intensywne i owszem wiem, że film to nie przełożenie życia 1:1 i wiele mogło się wydarzyć poza okiem kamery, ale jednak zabrakło mi w tym trochę prawdy. To uczucie rozwija się gdzieś z boku, a my patrzymy na to, jak Kuba próbuje się oswoić z zachodzącymi w nim zmianami, kiedy nagle środek ciężkości przesuwa się na wielką miłość chłopaków my nie jesteśmy w stanie nadążyć, bo skupiamy się tylko na dramacie odtrącanej powoli Sylwii. 


  To, co w filmie mi się najbardziej chyba podobało, to rola postaci drugoplanowych. Bo nieważne, jak bardzo Płynące wieżowce będą reklamowane, jako „kontrowersyjny film gejowski”, to ograniczanie go tylko do tego jest sporym niedopatrzeniem. To nie jest tylko film o wielkiej niezrozumiałej miłości dwóch facetów, ale także film o reakcji otoczenia. I nie chodzi wcale o homofobię a o dramat osób trzecich, jak dotychczasowej dziewczyny Kuby czy jego matki, która mimo iż wytworzyła może trochę niezdrową więź z synem, więź ta wynika z ogromnej miłości. Zakochana w Kubie Sylwia, która mimo iż od początku podejrzewa, że coś niedobrego dzieje się w ich związku, będzie walczyć do końca, będzie bratać się z wrogiem, knuć i nie zrezygnuje z miłości. Momentami miałam wrażenie, że jest to bardziej film Marty Nieradkiewicz i Katarzyny Herman, niż Bartosza Gelnera i Kuby Banasiuka i to one powinny być na promującym go plakacie. Świetnie napisane postacie kobiece to zdecydowanie najmocniejsza zaleta tego filmu. 


  Film ma swoje smaczki, które ja osobiście lubię i które mnie do takich filmów przyciągają. Świetne zdjęcia, kadrowanie, kamera krąży wokół głowy Kuby, jakby chciała zajrzeć do środka i powiedzieć nam, co bohater myśli, co czuje. Świetnie wpasowuje się tu cytat, który pada w połowie filmu - „wygrywamy głową, nie mięśniami tylko głową”. Kuba musi sam poradzić sobie z nową sytuacją, z tym uczuciem. Nie pomoże mu to, że spuści łomot kolesiowi, który go nazwie pedałem, bo choćby się starał mięśniami nie wygra. Bardzo fajna scena z samochodem na podziemnym parkingu, który na początku filmu wjeżdża na samą górkę by pod koniec zjechać. Scena na basenie podczas wyścigu, kiedy w Kubie coś pęka. Paralelne sceny, które choć w zmierzeniu są świetnym pomysłem Wasilewskiemu nie końca wyszły, bo o ile wyznanie Michała przy rodzinnym stole wywołuje uśmiech na twarzy i jest napisane genialne, to scena rozmowy dziewczyn w metrze, w czasie której pada słowo pedał by po chwili zmienić się w rozmowę o podkładach do twarzy wypada sztucznie – ale nie chcę wam odbierać przyjemności z oglądania, dlatego nie będę spoilerować i wyjaśniać o co dokładnie chodzi. 


  Kiedy mnie ktoś pyta, czy warto iść do kina, czy warto film obejrzeć – ja zawsze mówię WARTO! Do kina zawsze warto iść. Bo, może akurat do Ciebie ten film trafi, może Cię poruszy, może Cię czegoś nauczy, albo otworzy oczy na problemy, o których nigdy wcześniej nie myślałeś/aś. Nigdy nie wiesz. Dlatego warto iść na Płynące wieżowce. 



You Might Also Like

1 Comments

Instagram

Blog Archive