Every man wants to be a macho man (Don Jon 2013)

15:42


Don Jon to o dziwo nie kolejna prosta, jak konstrukcja cepa komedia o facecie masturbującym się przy internetowym porno, ale to także inteligentna satyra na współczesny świat, związki i relacje międzyludzkie. Joseph Gordon-Levitt tym razem debiutujący w roli reżysera, to facet, którego pamiętamy, raczej z ról miłych facetów „z sąsiedztwa” – Toma z 500 dni miłości, Adama z 50/50, Camerona z Zakochanej złośnicy. Tym razem wcielił się w rolę Jona typowego Guido z New Jersey (Ci, którzy oglądali Jersey Shore niech sobie wyobrażą The Situation uzależnionego od internetowego porno i macie pełny obraz Jona. Tym, którzy nie oglądali, polecam serdecznie – nigdy w życiu nie bawiłam się tak dobrze oglądając reality show.) w dzień pakującego na siłce, w nocy wyrywającego „dupy” w klubach. Podobno Joseph Gordon-Levitt stwierdził, że love story o związku faceta, który ogląda za dużo filmów pornograficznych i dziewczyny, która ogląda za dużo hollywoodzkich romansideł będzie przezabawna. I miał rację.


my body, my pad, my ride, my family, my church, my boys, my girls, my porn.

  Jon to z pozoru typowy stereotypowy facet. Testosteron wylewa się z niego razem z potem na siłce, jeździ ekstra bryką a wieczorami buja się po nocnych klubach ze swoimi koleżkami traktując przedmiotowo kobiety, które równie przedmiotowo traktują jego, czyli dają się poderwać na tanie teksty, poobmacywać na parkiecie, - „przelizać” na klubowych sofach a potem w zaciszu jego pokoju robią to, po co przyszły (zawsze w pozycji misjonarskiej) i zasypiają na ramieniu Jona. Jona to cieszy, wybiera sobie laski według bardzo skomplikowanego systemu – skali punktowej od 1 do 10, poniżej 6 nie wypada zabierać do łóżka. Jednak dla Jona wieczór nie kończy się, kiedy zasypia wraz z dziewczyną na ramieniu, bo Jon nie zasypia dopóki nie obejrzy porządnego pornola. Seks z dziewczyną to nie to samo, co oglądanie seksu w internecie, ponieważ ten daje mu coś czego nie dała mu żadna kobieta – zatracenia. 
  Kiedy już wszystko wydaje się być stracone Jon poznaje Barbarę (Scarlett Johansson), typową blondyneczkę karmioną romantycznymi komediami, które to ukształtowały jej postrzeganie świata. Barbara wydaje się mieć receptę na idealny związek i za wszelką cenę chce tę kalkę przyłożyć do jej związku z Jonem, w podobny sposób w jaki Jon stworzył swoją fantazję na temat idealnego „związku” kobiety i mężczyzny w łóżku, którą wyniósł z wielu godzin spędzonych przed ekranem komputer. Barbara wyobraża sobie idealną przyszłość, idealne życie, u boku idealnego mężczyzny z idealną rodziną. Jon wyobraża sobie idealny seks z idealną kobietą, która idealnie potrafi zaspokoić go łóżku. Niestety wśród ich ideałów nie ma miejsca na ludzkie emocje. Czy widzieliście kiedyś lepiej dobraną parę?


  Gordon-Levitt pod płaszczykiem lekkiej komedyjki o braku komunikacji stara się przemycić kilka ważnych kwestii. W dzisiejszym świecie seks jest na wyciągnięcie ręki, jednak budowanie damsko-męskich relacji jest nie lada wyzwaniem. Wszyscy wiemy, że miłość wymaga kompromisów, jednak kiedy głębiej się nad tym zastanowić, czy bylibyśmy gotowi zrezygnować z czegoś, na czym nam bardzo zależy, albo co po prostu sprawia nam dużo przyjemności tylko bo koś tak chce? Bo Jon nie bardzo i tu się zaczynają problemy.


  Don Jon nie ogranicza się tylko do pokpiwania z wyobrażeń o idealnych związkach, to również satyra na współczesny model rodziny. Jon w białym podkoszulku wygląda, jak młodsza wersja swojego ojca, jednak nie potrafi z nim rozmawiać, bo nie ma o czym. Ojciec podczas rodzinnej kolacji bardziej interesuje się meczem niż własną rodziną, matce zależy tylko na tym by syn w końcu się ustatkował i dał jej wnuki, tylko siostra, która z pozoru nie zwraca uwagi na nic poza ekranem telefonu okazuje się mieć trafne spostrzeżenia na temat otaczającej ją rzeczywistości.


  Don Jon to w końcu satyra kościół i na fałszywy katolicyzm. Jon na przystało na porządnego katolika spowiada się często i skrupulatnie. Wymienia dokładną liczbę masturbacji i odbytych przedmałżeńskich stosunków jednocześnie zapominając o innych grzechach. W sumie trudno by o nich pamiętał skoro jego świat kręci się tylko wokół seksualnego spełnienia. A ksiądz, jak to stereotypowy ksiądz, za pokutę zadaje mu przypadkową liczbę "zdrowasiek" a na próbę przełamania schematycznej formy spowiedzi, na próbę szczerości i wyciągnięcie ręki wiernego odpowiada milczeniem.


  Film ogląda się świetnie, co potwierdzały wybuchające co chwila salwy śmiechu na sali kinowej. Powtarzające się kilkakrotnie prawie identyczne sceny mogą niektórych nużyć, jednak ich obecność uzasadnić można chęcią podkreślenia pewnej schematyczności życia bohatera. Niestety Gordon-Levitt wymyślił Don Jona tak by był to film z morałem i happy endem. Nie chodzi o to, że gardzę szczęśliwymi zakończeniami, ale w momencie, kiedy puenta zaczyna pojawiać się na horyzoncie widz już wie, jakie będzie zakończenie filmu. 
  Bolesna przewidywalność to to, czego ja w kinie nie lubię. A przyczynia się do tego bohaterka grana przez Julianne Moore – Esther – starsza, mądrzejsza, pełna doświadczeń, staje się niejako życiową mentorką naszego Don Juana. Szkoda tylko, że między Moore a Gordonem-Levittem całkowicie zabrakło chemii, przez co mimo iż postać Esther jest dla fabuły bardzo istotna, to Moore wypada w tej roli mało wiarygodnie.

7.5/10

You Might Also Like

0 Comments

Instagram

Blog Archive