Jakie pokolenie taki "Seks w wielkim mieście". (Girls sezon 1-2)

19:55


   Moje serce krwawi. Dzieje się tak zawsze, kiedy serial, który darzę głęboki, szczerym i silnym uczuciem zaczyna schodzić na psy. Jeszcze niedawno chciałam poczynić wpis pochwalny na temat Girls, ale po finale 2 sezonu, odechciało mi się. Nie zrozumcie mnie źle, ja nadal Dziewczyny lubię, szczególnie za 1 sezon, coś nowego, coś świeżego, prawdziwego i szczerego. Fajna odskocznia od idealnie opalonych, z perfekcyjnymi fryzurami i make-upami zaraz po przebudzeniu, w markowych ciuchach, dziewuch z Upper East Side, czy Kalifornii. Ale sezon drugi to prawie jak parodia parodii. O ile w pierwszym Lena Dunham chciała nam pokazać, że mimo iż nie zawsze jest tak kolorowo i z górki, jak w Gossip Girl czy 90210 (czy innym tego typu serialu) to trzeba sobie radzić i brnąć do przodu, to w sezonie 2 świat jest tylko szary i ponury. Nie, nawet nie szary, świat jest pełen beznadziei i każdy nawet najmniejszy chwilowy sukces za chwilę zamieni się w porażkę, bo życie jest po prostu za trudne. Ale zacznijmy od początku, bo na początku było super.

 
Sekst w wielkim mieście w czasie kryzysu. 
  
 Lena Dunham stworzyła serial, który od razu zaczął być nazywany "Seksem w wielkim mieście" nowej generacji. Podobno każde pokolenie powinno mieć swój SATC – Girls jest naszym. Z jednej strony rozumiem porównania - perypetie młodych kobiet mieszkających w Nowy Jorku, trudy i znoje życia w wielkim mieście, bla bla bla. Na tym podobieństwa się kończą, bo Girls wcale do SATC podobny nie jest, chociaż... Carrie, Miranda, Samantha i Charlotte to były 30-letnie babki, ze stabilną sytuacją zawodową, które wiedziały czego chcą i w szpilkach od Jimmiego Choo po to szły. Ich problemy były zgoła inne, bo ich sytuacja była inna. Starsze, dojrzalsze martwiły się o to, kto im zrobi dziecko, kiedy i czy tego w ogóle chcą. Zakładać rodzinę, czy nie... Dziewczynom z Brooklynu to nawet do głowy nie przychodzi, bo ich problemem jest to, co mają ze swoim życiem zrobić. Studia się skończyły, rodzice zakręcają kurek, bimbały przez 2 lata i teraz muszą zacząć poważnie myśleć o tym, co chcą w życiu robić, a praca nie czeka na nie z wyciągniętymi ramionami. Witaj prawdziwy świecie, nie wiem z czego zapłacę rachunki, nie wiem, gdzie będę pracować, nie wiem nawet czy lubię siebie, ale trzeba przetrwać.

 
  Dlatego ja tak bardzo Dziewczyny lubię, bo pokazują tę część życia, z którą mogę się utożsamić, nie tylko tę, która pozostaje w sferze marzeń, jak SATC, Gossip Girl czy 90210 itd., gdzie wszyscy są tacy bogaci, piękni, świat leży u ich stóp i tylko czeka aż go podepczą w pantofelkach za tysiące dolców, a chwilowe kłopoty za chwile rozwiązują się same. Nikt nie musi nic robić, pieniądze pojawiają się same, albo po prostu leżą na koncie i czekają – zapewne zarobili je ich rodzice, którzy są właścicielami wielkich firm, dzięki czemu ich dzieci nie muszą się martwić o takie błahostki, jak drobne na czynsz. Życie, jak w Madrycie, albo co najmniej na Manhattanie czy w słonecznym LA. Fajnie się to ogląda. Nic więcej. Czysta, bezrefleksyjna rozrywka. Odskocznia od prawdziwego życia, prawdziwych problemów. To jeden z powodów, dla których Dziewczyny polubiłam, przy zalewie tej kolorowej papki, pojawił się serial, który pokazuje także moje życie. Kraków czy Nowy Jork – nie tak odmienne jak widać.



Chcę być głosem pokolenia, jakiegoś pokolenia.

 Tak jak Carrie była głosem swojego pokolenia, pisała felietony do gazety, opisywała problemy nowojorskich 30 latków, podobnie Hanna (Lena Dunham) aspiruje do tego miana. Chce zostać pisarką, jakie to pretensjonalne. Cóż, wybaczam, kto by nie chciał. W dalekich planach jest ta wymarzona książka, w międzyczasie szlaja się po bezpłatnych stażach ciągnąć mamonę z portfela rodziców, a kiedy postanawiają zakręcić kurek, pada pytanie, co dalej. Jak żyć? Jak się spełniać? Miasto wielki możliwości, problem tylko w tym, że trudno jest się zdecydować.


Hannah tkwi gdzieś pomiędzy wszystkimi bohaterami. Z pozoru pewna swoich wartości niczym Marnie, niezależna jak Jessa, ale i momentami głupia niczym Shoshanna. Bezobciachowa, zaprzyjaźniona z żenadą, nie wstydzi się wygłupić, zawsze wybrnie z każdej głupiej sytuacji z twarzą, a przynajmniej z uśmiechem. Czasem czuję się niekomfortowo oglądając kolejne wygłupy dziewczyn, ale ile razy sami czujemy się niekomfortowo w jakiejś sytuacji, ile razy to my się wygłupimy?! I to ta życiowa szczerość chyba najbardziej urzeka.  
Lena Dunham niejednokrotnie przyznawała się, że Dziewczyny są w pewnym stopniu oparte na jej doświadczeniach, w serialu rozprawia się z własnym życiem, kompleksami, nadwagą, problemami miłosnymi. A pomaga jej w tym szereg barwnych postaci, przyjaciółek, dziewczyn.

Sezon drugi, znaczy gorszy.

O ile pierwszy sezon oglądało się po prostu fajnie, z odcinka na odcinek serial nabierał kształtu, bohaterowie nabierali mięcha, a wątki wydawały się ciekawe, pozostając przy tym realistycznymi - drugi sezon wszystko zepsuł. Mam wrażenie, że twórczy doszli do wniosku, że fani przyjmą wszystko i skoro pierwszy sezon „sprzedał” się tak dobrze, to pojedziemy po bandzie dwa razy bardziej, przecież to HBO, widzowie przyjmą wszystko. Niestety nie wszystko. 
 Historie 2 sezonu wydają się być bezlitosną, pozbawioną argumentów satyrą na wszystkie seriale, jakie kiedykolwiek powstały i portretowały młode pokolenie. To już nie jest serial o byciu dziewczyną, to wynaturzona w krzywym zwierciadle pesymistyczna wizja tego, jakie są 20paro latki w dzisiejszych czasach. Wszystkie dramaty, jakie mogłyby spotkać młodego człowieka, spotykają któregoś z bohaterów. Trochę to wygląda, jakby Lena tworząc 2 sezon miała depresję i chciała nas ją zarazić. Bohaterowie wręcz sabotażują swoje szczęście. Zaczyna się układać – oj nie, nie może być tak pozytywnie – spieprzę wszystko, co udało mi się osiągnąć. Marazm, wszechogarniający marazm.

Obalamy mity wielkiej miłości.  A potem znów je wznosimy.

(uwaga na spoilery)
Hannah i Adam (Adam Driver) to dość niekonwencjonalna para. Jakby trochę chcą być ze sobą, trochę nie. Adam ma problemy z zaangażowaniem, Hannah leci na każde zawołanie chłopaka, bo jest w nim po prostu zakochana. On akceptuje ją taką jaką jest, z jej niedoskonałościami, nadwagą, przy nim czuje się swobodnie, może chodzić w brudnej, rozciągniętej piżamie a potem kochać się w każdej pozycji, w każdym możliwym miejscu w mieszkaniu. Proste. Raz się przyciągają, raz odpychają. Raz jedno chce, drugie nie i tak w kółko. Zabawa w kotka i myszkę. Potem coś się psuje. Bo przecież popsuć się musi. Każdy szuka szczęścia gdzieś indziej. Hannah spędza upojny weekend z przypadkowo spotkanym starszym facetem. Adam zaczyna umawiać się z Natalią (Shiri Appleby), ale Natalia to nie Hannah i od razu wiadomo, że nic z tego nie wyjdzie. Niby stworzeni dla siebie, a mijają się jakby na siłę. Ale koniec drugiego sezonu przyniesie happy end dla jednego i drugiego. Wiadomo Banał.


Marnie (Allison Williams) była z Charliem (Christopher Abbott) nie wiadomo jak długo, wiadomo, że długo. Ale coś jej zaczęło nie odpowiadać. Marnie to ogóle typ dziewczyny rozwydrzonej. Chce mieć wszystko, najlepiej, żeby samo przyszło. Każda z nas ma taką koleżankę, którą najchętniej uderzyłaby w twarz i wykrzyczała „Opanuj się”. To jest Marnie. Raz Charliego zostawia i rzuca się w ramiona utalentowanego, popularnego artysty, by zaraz potem znów ubiegać się o względy byłego. Dziewczyna się szamoce, jeszcze bardziej niż Hannah. Wydaje się być jeszcze bardziej zakompleksiona. Szuka akceptacji, pochwały za wszelką cenę, u kogokolwiek.


  Shoshanna (Zosia Mamet) z kolei to dziewczyna, której nie lubię, wręcz nie znoszę, bo mam wrażenie, że jest po prostu głupia. Każda kolejna scena z jej udziałem przyprawia mnie o facepalm, do tego stopnia, że czasem walczę ze sobą by nie przewinąć sceny z jej udziałem. Shosh znajduje sobie faceta, trochę nieudacznika, nie ma domu, śpi w samochodzie, w wieku 30 lat nadal pracuje w kawiarni nalewając kawę, nie ma planów, nie ma ambicji, kocha Shoshannę. Co robi Shosh? Zdradza go z przypadkowo spotkamy odźwiernym. Banał.


Jessa (Jemima Kirke) to chyba moja ulubiona bohaterka. Niezależna, nie liczy się z nikim tylko i wyłącznie ze sobą. Jeśli czegoś chce to, to bierze. Nie zastanawia się dwa razy. Nie jest przywiązana ani do miejsca ani do osób, no może poza swoimi przyjaciółkami, ale czy naprawdę? Nie dzieli się swoimi sekretami, nie do końca interesują ją problemy innych, żyje swoim życie, gdzieś obok. W końcu znajduje kogoś, z kim mogłaby zostać na dłużej, dla kogo warto by zapuścić korzenie i co robi? Pozwala by ten związek się rozpadł – koniec, ucieka, zostawia to za sobą. Po pewnym czasie okazuje się, że Jessa to przykład iście Freudowski – problemy z facetami spowodowane problemami z tatusiem. No tak. Banał. 


Hannah: Please don't tell anyone this, but I wanna be happy. 

 Drugi sezon przeszedł pod znakiem wielkich dramatów miłosnych, bo 2 sezon to przede wszystkim opowieść o miłości, związkach, seksie, uczuciach. Miłość to nie tylko romantyzm i trzymanie za rękę, czasem wszystko się psuje, czasem wraca do normy. Kolejny banał. Bo Dziewczyny to taki trochę serial o prozie życia. Banalne, proste sceny, wątki składają się na codzienność bohaterów.

Podsumowując: Kiedy oglądałam pierwsze odcinki Dziewczyn, byłam szczerze zachwycona. W końcu coś nowego, coś innego. Z upływem sezonu 2 entuzjazm słabł a w finałowym odcinku zanikł całkowicie. Sztuczne na siłę happy endy - tanie sztuczki. Mimo iż sezon drugi mnie trochę irytował to jednak czekam na 3 sezon Dziewczyn. Może będzie mniej depresyjny, mniej niezręczny i w końcu coś się zacznie Dziewczynom układać. Tego im życzę.
Sezon 1 - 8/10
Sezon 2 - 6/10


 

You Might Also Like

10 Comments

Instagram