,

Oscary (part II)

09:57

Poradnik pozytywnego myślenia (2012)

   Poradnik pozytywnego myślenia to jeden z tych filmów, który zaczyna się znakomicie a potem jest już coraz gorzej. To także film, którego trailer zawiera wszystkie najlepsze i kluczowe sceny, a na seans nie zostawia sobie żadnych asów w rękawie. Ale nie do końca jest tak, że film to przegrane rozdanie, DavidO. Russell trzyma w ręku kilka mocnych kart, niestety wynik jest tak przewidywalny, że aż zastanawiają mnie te zachwyty nad filmem.
  Pat cierpiący na dwubiegunowe zaburzenia osobowości wychodzi ze szpitala psychiatrycznego z mocnym postanowieniem poprawy. Naprostuje swoje życie, opanuje się, odzyska żonę i będzie żył długo i szczęśliwie. Ale po drodze spotka Tiffany, która wywróci jego życie do góry nogami.
  Oglądając film, ma się wrażenie, że gdzieś już to widzieliśmy. David O. Russell sięga po znane wszystkim motywy, ale łączy je w taki sposób, że powstaje z tego miszmasz doskonały. No prawie doskonały.
  

  Oklaski należą się Bradley'owi Cooperowi, który w końcu pokazał, że potrafi coś poza rozbijaniem się po Las Vegas i Bankokach. Jego Pat to najlepszy element tego filmu. Trochę neurotyczny, trochę agresywny, nieprzewidywanie komiczny. Patrząc na niego nie wiemy, czy śmiać się, czy płakać, bo przecież motorem jego działań jest choroba i to jakbyśmy się śmiali z czyichś ułomności. Jednak śmiech zwycięży, bo Poradnik to przede wszystkim lekka komedia, ciągnąca gdzieś za sobą bagaż ciężkich dramatów rodzinnych, czy społecznych.

   Duży problem mam z JenniferLawrence i jej filmową Tiffany. Trudno mi odnaleźć w tej postaci jakąkolwiek prawdę. Mam wrażenie, że aktorka starała się tak bardzo, tak bardzo chciała stworzyć świetną postać, że przesadziła, przeholowała. Jej Tiffany zagrana jest na jedną nutę, cały czas ta sama twarz z badawczymi lekko wytrzeszczonymi oczami i rozhisteryzowane gesty. Pamiętam jej nominację do Oscara za Doszpiku kości i to jakim była dla mnie wtedy odkryciem, życzyłam jej jak najlepiej. Trochę mnie niestety rozczarowała, ale jak widać tylko mnie, bo wszyscy pieją z zachwytu nad nią, nawet Akademia, która nominowała ją po raz kolejny.
 6/10

Sesje (2012)

   Marc O'Brien (John Hawkes) przykuty niemal od dziecka do łóżka, spędzający większość czasu w metalowym płucu zbliża się do czterdziestki. Dostaje zlecenie napisania artykułu na temat życia erotycznego niepełnosprawnych. Podejmuje się tego zadania nie bez wahania, bo sam jest przecież prawiczkiem. Po wstępnych wywiadach okazuje się, że niepełnosprawność wcale nie oznacza przymusu rezygnacji z seksu i sam postanawia pozbyć się ciężaru jakim jest dziewictwo. W tym celu umawia się na spotkanie z Cheryl (Helen Hunt - nominowana za tę rolę do Oscara), seks–terapeutką, która leczy w dość kontrowersyjny sposób, bo w praktyce. I tak rozpoczynają się ich  erotyczne sesje. 
   Jest to film o potrzebie erotyzmu, intymności i fizycznego kontaktu z drugą osobą. Ale w filmie nie zobaczymy scen seksu, za to zobaczymy nagą seksowną Cheryl, leżącą w łóżku obok sparaliżowanego i przerażonego mężczyzny opowiadającą, gdzie ma zamiar go dotknąć i dlaczego, oczekując w zamian, że on jej powie, co w danym momencie czuje. Mamy tu zbliżenie, jakiego w kinie nie widzimy często – seks bez miłości a jednak piękny, oddzielający intymność od uczuć. Kalectwo jest tu oswojone do tego stopnia, że bardziej krępuje nas bezpośredniość nagiej terapeutki, niż nieporadność jej sparaliżowanego pacjenta.




   Brakuje mi w tym filmie Cheryl. Sesje to film opowiadający historię Marka dlatego skupia się na jego osobie, jednak postać terapeutki została zlekceważona, zepchnięta gdzieś na margines – a szkoda. Aż się prosi by pokazać więcej na temat jej prywatnego życia, jej relacji z mężem, otoczeniem, w końcu ma dość nietypowy zawód. Choć z drugiej strony, może to historia na oddzielny film?
6/10

Miłość (2012)

  Kiedy dowiedziałam się że Haneke nakręcił film po tytułem Miłość, od razu zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo sarkastyczny jest ten tytuł. Jaką grę prowadzić będzie z nami tym razem, jak bardzo cyniczni będą bohaterowie jego nowego filmu. Zaskoczyła mnie Miłość bardzo. To taki bardzo „hanekowski” film całkowicie nie w stylu Haneke.
  Georges (Jean-Louis Trintignant) i Anna (Emmanuelle Riva) małżeństwo w podeszłym wieku, żyją spokojnie w swoim mieszkanku wypełnionym książkami i dźwiękami muzyki. Wszystko zmienia jedno wydarzenia, moment dosłownie, kilka minut w czasie śniadania, kiedy Anna traci na chwilę kontakt z otoczeniem. Okazuje się, że doznała udaru. Jedna operacja, która miała być formalnością, przykuwa ją do wózka inwalidzkiego. Od tej pory Georges nie będzie już tylko mężem Ann, będzie też jej opiekunem i pielęgniarzem. Ann chce jedynie umrzeć z godnością, a nie być ciężarem dla ukochanego męża, nie być inwalidką przykutą do łóżka z powykrzywianą twarzą mamroczącą coś niezrozumiale. Na szczęście ma obok siebie Georgesa, który będzie jej towarzyszył do samego końca.
  Miłość to film o całkowitym oddaniu drugiej osobie. O spełnieniu słów przysięgi „że Cię nie opuszczę aż do śmierci”. O życiu z drugim człowiekiem obok i o tym, jak to życie się kończy. Czasami trzeba kogoś wziąć za rękę i pomóc przejść na drugą stronę. 
  Prosty, spokojny, zdyscyplinowany Haneke. Tym razem bardzo ludzki, niecyniczny, wręcz empatyczny. Skromny film a niosący tak silny przekaz.
7/10

You Might Also Like

15 Comments

Instagram