Gangster Squad. Pogromcy mafii (2013)

18:30

  

  
  Bycie gangsterem to bardzo niewdzięczny zawód. Narkotyki, gwałty, prostytutki, przemoc, morderstwa. Trzeba być do szpiku kości złym człowiekiem, żeby sobie poradzić w tym zawodzie. Zawód bardzo trudny i brudny zarazem. Natomiast bycie Pogromcą gangsterów to prawie, jak bycie superbohaterem. Dostajesz spluwę,  wdzianko superbohatera, nic zbyt obcisłego - dobrze skrojony garnitur i kapelusz. Problem tylko jeden - o sławę trochę trudniej, bo twoje zasługi zazwyczaj przechodzą bez echa, jakby ich nie było i ktoś inny zgarnia wszystkie laury, komuś innemu przypada sława. Prawdziwi bohaterowie zostają zapomniani i skazani na normalne życie – choć w sumie w przypadku potyczek z mafią, nie jest to wcale taka zła opcja. Gangster natomiast, ma laski, kasę, a jak go złapią to i sławę -  dzięki temu ile ludzi zabił, ile narkotyków sprzedał i ile kasy ukradł, nakręcą o nim film/serial. Ale Gangster Squad to nie film o mafiozach, to film o tych dobrych, o pogromcach mafii, a raczej o ich potyczkach z nią.

No names. No badges. No mercy.

  Mickey Cohen (Sean Penn) to nie jest miły koleś, którego zapraszacie do domu na herbatę, by porozmawiać o tym, co w trawie piszczy. Gdybyście przypadkiem się sprzeciwili temu, co on uważa za słuszne moglibyście skończyć rozerwani na pół i podgryzani przez psy albo ewentualnie oblani kwasem. Taki to jest właśnie facet. Niezbyt uprzejmy, z jego manierami też różnie bywa, ale nie martwcie się, ma od tego nauczycielkę uczącą go, którym widelcem jeść sałatkę, a którym zabierać się za mięso. Nauczycielką tą jest Grace (Emma Stone), która ulokuje swoje uczucia dość niefortunnie, bo w Jerrym Wootersie (Ryan Gosling) – należącym do zagorzałych przeciwników Cohena. Przyznać trzeba, ze Mickey ustawić się potrafi, całe miasto je z jego ręki, przekupił chyba wszystkich, no prawie. Tylko jeden nie robi w gacie, kiedy słyszy nazwisko Cohena, co więcej wypowiada mu wojnę. Szef policji – Parker (Nick Nolte) zleca swojemu zaufanemu sierżantowi Johnemu O'Marze (Josh Brolin) by zebrał grupę „tajniaków”, którzy razem z nim zakończą rządy Cohena w Los Angeles. I tak zaczyna się wojna podjazdowa. Tak zaczyna się Gangster Squad.

  W Gangster Squad mamy dwóch antagonistów Mickey Cohena i sierżanta O'Marę. Każdy ma swój gang i swoich współpracowników gotowych wykonywać wszelkie rozkazy. Jeden to Gangter Squad właśnie, a drugi o dużo znaczącej nazwie mafia. Jeden włada Los Angeles, drugi stoi po stronie prawa

  
   W filmie da się zauważyć wyraźny podział na dobrych i złych, mamy galerię niestety płaskich postaci, jedno płaszczyznowych, albo jesteśmy dobrzy albo jesteśmy źli, nie ma nic pomiędzy, nie mamy wątpliwości, kto powinien dostać baty, a kto owe baty wymierzać. Zły jest Mickey Cohen i jego świta, a dobra jest cala reszta, dobry jest Sierżant Jerry Wooters z głosem przed mutacją i jego uczuciem do pięknej i uszminkowanej Grace. Ona zresztą też jest dobra, dobra dziewczyna postawiona w sytuacji bez wyjścia, musi się prowadzać z Cohenem, bo skoro raz zaczęłaś, to teraz ładnie się uśmiechaj i nie sprzeciwiaj. Grace i Jerry to modelowa para tragicznych kochanków, których związek jest w niebezpieczeństwie. Miłość na krawiędzi – gdyby się Cohen dowiedział – trudno powiedzieć, kogo spotkał by gorszy los ją czy Wootersa.
 


   Mamy całą resztę pogromców, którzy są postaciami, co prawda kolorowymi, ale równie płaskim pod względem psychologicznym. Niby wiemy skąd pochodzą i co robili zanim przyłączyli się do Gangster Squadu, wiemy że byli dzielnymi policjantami, gotowymi zrobić wszystko, by wyzwolić ich ukochane miasto Los Angeles spod władzy Cohena, ale poza tym zlewają się w jedność, wypadają beznamiętnie i bezbarwnie. Gosling jest wyjątkowo irytujący z tym swoim głosikiem 6 letniego chłopca, Peña postanowił chyba zostać naczelnym gliniarzem współczesnego kina, wszędzie zaczyna wyglądać tak samo, jedynie Brolin daje radę, wypada najbardziej wiarygodnie. No i oczywiście Penn, który wcielając się w rolę Cohena mógł zaszaleć i poszalał, miałam wrażenie, że momentami wręcz przesadzał, ale jego karykaturalna kreacja mogła być efektem zamierzonym. 

   Film to świetna rozrywka i warto się wybrać do kin. Znajdziemy tu dużo klisz, schematów i scen ze znanych nam filmów gangsterskich, jednak przyjmujemy je bezkrytycznie, bo mamy tu połączenie tego, co już widzieliśmy w wielu gangsterskich filmach z czymś nowym i świeżym. Mamy trochę estetyki z gier wideo, mamy komiks (scena strzelaniny w areszcie) ale mamy też stylizację na filmy noir. 


  Szkoda, że wycieli scenę ze strzelaniną w kinie, przez którą przesunięto premierę filmu (w związku ze strzelaniną w amerykańskim kinie na premierze Mrocznego Rycerza). Nie bardzo rozumiem sensu tego postępowania, skoro premierę przesunięto o prawie pół roku, to scenę mogli zostawić. Wyglądała ekstra na trailerach.


   Podsumowując: Z kina wyszłam poirytowana. Gosling mnie zirytował. Spodziewałam się po nim więcej. Tyle lat wiernie stałam u jego boku i chwaliłam każdą jego rolę, tym razem niestety nie mogę pochwalić Jerrego Wootersa – mogli go postrzelić. Tak ze 3 razy.
  Mimo to film jest całkiem niezły. Dialogi zabawne, strzelaniny ekscytujące, Stone wygląda wyjątkowo pięknie w tym filmie no i faceci w garniakach też niczego sobie. :)
6/10 

You Might Also Like

16 Comments

Instagram