Wichrowe wzgórza (2011)

00:14


   Pisanie na gorąco opinii o filmie nigdy (w moim przypadku) nie jest dobre. Z czasem, gdy mój zapał ostyga, emocje opadają, punkt widzenia się zmienia, zmienia się ocena, zmienia się pogląd. Nauczyłam się nie wydawać pochopnych sądów na temat filmów, bo czasem jedna scena potrafi doprowadzić mnie do ekstazy, przesłania resztę marnego filmu i wykrzykuję „Cudny”, a kiedy na drugi dzień budzę się w łóżku z pustą głową zastanawiam się „Jak mogłam ten chłam uznać, za cudo…”. To działa też w drugą stronę. Staram się, nie być tak niecierpliwa z wydawaniem wyroku. Dziś całkowicie łamię tę zasadę, bo obejrzałam film, o którym chcę napisać coś teraz, na gorąco, kilka minut po skończonym seansie, żeby zapamiętać to, co mam głowie teraz. To, co myślę o nim w tej chwili, by móc sobie za pół roku, rok to przeczytać i przypomnieć, co mnie w tym filmie tak zachwyciło, dlaczego obrałam przeciwną stronę barykady niż większa część kinomanów, którzy nie szczędzili słów krytyki i ilości wylewanych pomyj. To będzie niepopularna opinia, ale moja.


"So why did you choose to lean on
A man you knew was falling?"*

  Wichrowe wzgórza z 2011 roku to nie jest kolejna wierna ekranizacja wielkiego dzieła literackiego, bo i jaki w tym sens? Kręcenie na nowo tych samych historii, w ten sam sposób, by jak najbardziej przypominały książkę, by przypadkiem nie narazić się milionom czytelników na całym świcie. Andrea Arnold pokazała środkowy palec wszystkim tym, którzy uważają, że jeśli posiłkujemy się literaturą to musimy ją wiernie odtwarzać na ekranie. Ona nie chciała zrobić kolejnej pełnej ekranizacji Wichrowych wzgórz, z premedytacją odrzuciła wiele wątków, wycięła fragment fabuły i tam umieściła akcję swojego filmu. To jej własny, autorski, pomysł na ten film. Jej artystyczna wizja, twórcze podejście do przewałkowanego już tematu. I te wszystkie głosy oburzenia, że przecież to się nie godzi, żeby Heathcliff był Murzynem, bo przecież w książce jest Cyganem, że przecież książka nie kończy się tam gdzie film, dlaczego pominęła tyle wątków – są śmieszne. Nie od dziś wiemy, że film i książka to dwie różne bajki i jednym twórcom zależy by nakręcić wierną adaptację innym nie – do tych drugich należy Arnold i jeśli ktoś tego nie załapał oglądając jej film, to ja naprawdę współczuję.
 

 Dawno nie widziałam filmu, który tak intensywnie każde nam odczuwać. On aktywuje nasze zmysły zarówno, kiedy jesteśmy w brudnym, szarym folwarku, co na wietrznych, pięknych wzgórzach. Czujemy wiatr we włosach, czujemy smród błota i chłód mokrych od deszczu ubrań. Zdjęcia są piękne, surowe a zarazem intensywne. Krajobrazy zapierające dech i migoczące światło z kominka odbijające się na stłoczonych w izbie domownikach, wszystko to wywołuje niesamowity klimat. I jeszcze ta niesamowita szczegółowość, wplatane zdjęcia natury, ciem, oczu królików, sierści koni, trawy czy piór. Surowe i szczegółowe. Mroczne i piękne zarazem. Arnold niczym turpiści stara się wywołać u nas estetyczny szok, zachwycić nas brzydotą tego, co na ekranie. Mnie zachwyciła.

Nie mogę przestać myśleć o Heathcliffie, tym pięknym i brutalnym mężczyźnie zniszczonym przez ludzi i miłość. I o tym kilkunastoletnim Heathcliffie, znalezionym na drodze, przyprowadzonym przez pana Earnshawa do folwarku, bo tak trzeba, bo to po chrześcijańsku. Heathcliffie rozpaczliwie zakochanym w Cathy i zdegradowanym przez Hindleya z pozycji przybranego brata do roli sługi. Heathcliffie upokorzonym i bitym, ale noszącym w swoim sercu godność i honor, jakiego można pozazdrościć. Jedynym jego sprzymierzeńcem była Cathy. Brała go za rękę i biegli na wzgórza, z dala od reszty świata. Cathy, która jako jedyna stawała w jego obronie, która jako jedyna uważała go za równego sobie, Cathy, która wylizywała jego rany po chłoście. 


„(…), ponieważ jest mną bardziej niż ja.” 

  Niewinne na początku uczucie, fascynacja przerodziła się w więź przypominającą smycz, łańcuch. Oni byli do siebie przywiązani, nie istnieli bez siebie. Zatracili swoją tożsamość. Ona wychodzi za innego, choć wie, że to Heathcliff jest jej bratnia duszą. On ucieka zraniony, wyrywa się jak złapany w sidła królik. A kiedy wraca obiecuje, że jej nigdy nie opuści, choć jego rany wcale się nie zagoiły i zagoić się nie mogą, dopóki, co dzień widzi ją z innym mężczyzną, więc zadaje podobne rany jej. Jest jak zranione zwierze, które kąsa, gryzie, szamocze się. Nie mogą być ze sobą, więc cierpią. Proste.  

 "Prędzej zapomniałbym siebie niż ciebie."

  Arnold pokazuje nam miłość obdartą z romantycznych ideałów, omdlewań, rumieńców. To jest miłość brudna, wywiedziona z prymitywnych instynktów, zwierzęca. Tu kochankowie leżą na trawie, tarzają się błocie, kochają na ziemi. Miłość pokazaną przez krew, łzy, zgrzytanie zębów. A mimo to, taką przejmującą.
  
  Ale nie jest to tak, że wszystko w tym filmie jest takie idealne. Nie. W filmie zauważyć możemy podział na dwie części, każdej z tych części główni bohaterowie grani są przez inną parę aktorów. I o ile w części pierwszej, przedstawiającej bohaterów jako dzieci - relacja Heathcliffa (Solomon Glave) i Cathy (Shannon Beer) wypada bardzo przekonywująco, to w drugiej części brak między nimi chemii. Mimo iż osobno Starszy Heathcliff (James Howson) i Cathy (Kaya Scodelario) wypadają znakomicie to, gdypojawiają się razem brak im iskry. Jeśli zapomnimy o tym, co wydarzyło się wcześniej, trudno nam będzie uwierzyć w tę miłość.

  Podsumowując: Czy polecam? Tak, ale tylko ludziom z otwartym umysłem, nieprzywiązanym do książki i wcześniejszych ekranizacji. 
*Gorąco polecam wspaniałą piosenkę w filmu The Enemy - Mumford and Sons, słucham jej w kółko od ponad dwóch godzin i nie mogę przestać. jestem teraz na etapie - "NIGDY jej nie wyłączę"!
8/10

You Might Also Like

2 Comments

Instagram