Django (2012)

18:21

  
Gentlemen, you had my curiosity. 
But now you have my attention. 


  Pamiętam mój pierwszy film Tarantino. Oglądałam go, kiedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest Tarantino ani, co to znaczy „film Tarantino” - termin, który dziś przyciąga do kin miliony kinomanów. To był Kill Bill, pamiętam jak sobie myślałam: Wow – ten film jest inny niż wszystkie, jakie dotąd widziałam. To był czas, kiedy jeszcze oglądałam filmy rekreacyjnie, a nie nałogowo, jak dziś. 
  Teraz, kiedy mam za sobą seanse większości tarantinowskich filmów i wiem, z czym to się je, na każdą wzmiankę o nowym projekcie Quentina podskakuje z radości. Mam pewność, że zagwarantuje mi dobrą rozrywkę, póki co (odpukać w niemalowane, czy w co tam pukają ludzie przesądni) mnie nie zawiódł. Tym razem też nie.



I like the way you die, boy.

Dr King Schultz (Christoph Waltz) i Django (Jamie Foxx), jako łowcy głów wyruszają niemalże na krucjatę przeciwko złu, niesprawiedliwości, przestępczości. Przemierzają Amerykę ścigając z listami gończymi w kieszeni wszystkich rzezimieszków południa Stanów – a przynajmniej tych, za których najlepiej płacą, by na koniec podjąć się najważniejszej misji – uratowania ukochanej Django z rąk plantatora Candiego. Ale zanim się do stanie Dr King kupi Django i podaruje mu wolność i wtedy zacznie się Django Unchained.

 
Django porusza temat jakże ważny i cierpki dla Ameryki – niewolnictwo. Nie w smak dla niektórych, że Tarantino stworzył film o niewolnictwie. Wszyscy już chyba słyszeli o protestach Spike'a Lee, że gatunek nie pasuje, że rzucają „czarnuchami” na prawo i na lewo, że tak nie można, że tak nie pasuje. Ale Służące już były – obraz niewolnictwa w czystym fartuszku z biała Emmą Stone walczącą o ich prawa. Teraz czas na wersję Quentina. Jednak historia przedstawiona z perspektywy Tarantino to nie murzyni walczący o wolność – to jeden „czarnuch” na koniu z rewolwerem w ręku, zdecydowany wystrzelać wszystkich stających mu na drodze. I wielu białych z biczami w rękach, z psami gotowymi zagryźć, ze strzelbami pod pachą.
Plus jeden Niemiec, który jeszcze nie dawno grał orędownika białej rasy, dziś gra obrońce i wyzwoliciela niewolników, oddający im wolność i narażający dla nich życie. Wciąż Niemiec, wciąż wspaniały Christoph, który to Tarantino zawdzięcza wywleczenie z cienia Europy i rzucenia go z impetem prosto na czerwone dywany Hollywood, ale jaki inny niż w Bękartach. Waltz zasługuje na wszystkie nominacje i nagrody, jakie dostaje, a nawet na więcej.

 
Django to film, w którym znajdziemy wszystkie składniki westernów, niektóre co prawda odbite w krzywym zwierciadle, ale nadal obecne. Mamy wydarzenia historyczne, mamy walkę sił dobra ze złem, mamy kowboja, mamy bójki, strzelaniny, prerie i wąwozy. Mamy obraz Ameryki na dwa lata przed wybuchem wojny secesyjnej, są tu też groteskowo śmieszne sceny z wczesnym ku klux klanem na czele, jako przeciwwaga pojawiają się obrazy wykorzystywanych, bitych, rozszarpywanych przez psy niewolników. Mamy złych białych, którzy handlują ludźmi, wykorzystują ich, biją, torturują – mamy też złych czarnych, którzy wcale nie lepsi są od swoich „panów”. Jest i kowboj - „czarnuch” na koniu w rewolwerem. Czyli western pełną parą, a że Tarantino fanem westernów jest, kwestią czasu była aż sam się za ten gatunek weźmie i przesieje przez sito własnych pomysłów. Jak widać opłacało się, po posypały się pochwały, nominacje i nagrody.

Tarantino na rozdaniu Złotych Globów.

Przypomniało mi się, jak Jamie Foxx opowiadał w wywiadach o tym, jak Leo miał problem z rzucaniem „czarnuchami” na prawo i lewo w obecności jego i Samuela L. Jacksona, na co Jackson podobno odpowiedział „Hey, motherfucker is just another tuesday for us”. Leo chyba wziął sobie do serca te słowa, bo to obraźliwe słowo w jego ustach brzmiało niemal, jak pochwała. Nie wiem czemu, ale rola DiCaprio pozytywnie mnie zaskoczyła, był elegancko brutalny, uroczo grubiański. Z jednej strony wiem, że powinnam go nienawidzić, bo to jedna z najgorszych postaci w tym filmie, z drugiej w tym jego uśmieszku, pozornie nienagannych manierach i miłym tonie, było coś uwodzicielsko sympatycznego.


A Foxx? Co tu dużo mówić. Kocham faceta. Oglądanie wywiadów z nim, czy to dotyczą nowego filmu, w którym się pojawia, czy zwykłe występy w talk showach, to czysta przyjemność. Podobnie oglądanie go w filmie. W tym filmie. Jak sam opowiadał nie było łatwo przestawić mu się z czarnego człowieka sukcesu z jego torbą louis vuitton i kluczykami do Range Rovera, na poniewieranego przez białych "czarnucha". Nie żeby Django dał sobą poniewierać. Django to badass i wygadany Foxx z niewinnymi oczkami pasuje do tej roli jak ulał. Ponadto marzeniem Foxxa było zagrać kowboja i udało mu się, na dodatek całkiem szykownie ubranego. Ten niebieski outfit pozostanie w mojej głowie na długo.


Podsumowując: Django to prawie 3 godziny czystej rozrywki. Podobnie jak każdy film Tarantino naszpikowany jest cytatami, aluzjami do innych kinematograficznych osiągnięć, wszystko polane grupą warstwą pastiżu z popkulturową posypką na wierzchu. Zapewne obejrzę jeszcze nie raz!
8/10

You Might Also Like

14 Comments

Instagram