De Rouille et d'os (2012)

19:29



What am I for you? 
A friend?
A pal?


Czekałam na ten film. De Rouille et d'os prawie znalazł się w zestawieniu moich top 10 na 2013 rok, ale ponieważ już go zobaczyłam zanim opublikowałam tamten tekst – coś innego zajęło jego miejsce. Takie niespieszne kino lubię najbardziej. Nie moralizatorskie, nie przepełnione mądrymi słowami wychodzącymi z ust głównym bohaterów, jakby nauczyli się na pamięć książki ze zbiorem przysłów. Prawdziwe, realistyczne, mądre. Bez zbędnego słodzenia, jeśli coś jest brzydkie, nie zalewamy tego litrami lukru. Życie nie zawsze jest piękne, nie ważne jak bardzo będziemy się starać. Przyjdzie czas na pot, łzy, załamanie, a nawet krew.




Ali (Matthias Schoenaerts) przyjeżdża z kilkuletnim synem do swojej siostry. Nie ma pieniędzy, nie ma przyjaciół, nie ma gdzie się podziać. Znajduje w końcu pracę jako ochroniarz w nocnym klubie i pewnej nocy poznaje tam Stéphanie. Stéphanie (Marion Cotillard)  pracuje jako treserka orek, pewnej nocy wdaje się w „bójkę” w klubie nocnym i na ratunek przychodzi jej Ali. Tak się poznają. Ali niczym rycerz na koniu przybywa na ratunek i bezpiecznie zawozi ją do domu, z tym że do rycerza podobny nie jest, zamiast konia ma furę a wydarzenie wcale nie zapoczątkuję wielkiej miłości. Bo miłość przyjdzie dużo później. Najpierw musi wydarzyć się jeszcze nie jedna tragedia i wypadek, w którym Stéphanie straci nogi.


 To mogła być nudna historia o miłości. Ale to nie jest typowa miłość, jaką znamy z Pamiętnika i tego typu romantycznych filmów. Oni się zakochują jakby przypadkiem, on ma kogoś cały czas na boku, ona potrzebuje czyjegoś wsparcia. W sumie to trudno powiedzieć, czy są kolegami, przyjaciółmi, parą. 
 Stéphanie została okaleczona, mimo to chcę się nadal podobać, chce czuć się atrakcyjna, jak sama mówi, lubiła to kiedy faceci patrzyli na nią z pożądaniem. On tak na nią patrzył wtedy w klubie – ale zauważyła w nim coś innego, coś więcej, dlatego to do niego zadzwoniła po pomoc. On jej całkowicie bezinteresownie pomaga. Nie chce niczego w zamian, nawet seksu – czego można by się spodziewać. Proponuje go – bo ona tego chce, on wie, że ona potrzebuje bliskości, potrzebuje poczuć się chciana, pożądana. Ale to nie jest tak, że ona tylko bierze a on tylko daje. Ona też chce mu pomóc. Wspiera go, gdy zaczyna brać udział w nielegalnych walkach. Jeździ z nim. Chce tam z nim być. Ja bym chyba wołała nie patrzeć, jak mój facet dostaje po mordzie i zalewa się krwią. W sumie nie wiadomo kiedy zaczyna się miłość. Uczucie. Przyjaźń zamienia się w coś więcej, powoli, leniwie, jakby niechcący.


Wypadek prawie ją złamał. Ale znalazła oparcie w Alim. To on jej dał powód to poskładania się, poukładania życia. Do życia w ogóle. Wyrwał ją z osamotnionego ciemnego mieszkania i zaprowadził na pełną ludzi  plażę. On stawiał przed nią wyzwania - Idziesz ze mną, jak nie to pójdę sam, a ty siedź sama w tym wózku inwalidzki i użalaj się nad sobą dalej.


Najbardziej chyba podoba mi się w tym filmie to, jak od początku Jacques Audiard oswoił nas z kalectwem Stephanie. Od razu rzucił nas na głęboką wodę. Nie czujemy litości, być może na początku jest nam jej trochę żal, ale razem z nią przyzwyczajamy się do widoku jej kikutów. Kamera wcale nie stara się ich ukryć, czy uatrakcyjnić, one są częścią bohaterki. Jej wypadek wcale nie spowodował, że patrzymy na nią inaczej, bo ona jest ciągle tą samą osobą – musiała tylko przyzwyczaić się do nowej sytuacji. I to jest w tym filmie niesamowite. Niepełnosprawni nie są podkategorią, nie traktujemy ich inaczej, momentami nawet zapominamy o tym, że Stephenie nie ma nóg, bo ona nie pozwala by fizyczna ułomność ją w jakikolwiek sposób definiowała.


Jest to przede wszystkim fascynująca opowieść o zderzeniu się ze sobą dwóch obcych światów. On jest brutalny, wydaje się zimny, jego relacje z synem pozostawiają wiele do życzenia. Ona jest delikatna, choć w środku twarda z niej sztuka, wrażliwa, choć udaje, że nic jej dotyka. To film o czułości, o bezinteresownej opiece, chęci pomocy. Tu nie ma romantycznych wzniosłych monologów ściskających za serce. Brak moralizatorstwa, nikt nam nie mówi, że miłość to romanse niczym z harlequinów. Miłość to nie zawsze strzała amora, to nie deklaracja „póki śmierć nas nie rozłączy”, a raczej „jeśli mnie potrzebujesz, będę”.

   Podsumowując: Obejrzałam go zaraz na początku roku, dokładniej 1 stycznia, gdybym obejrzała go dzień wcześniej, na pewno znalazłby się wśród najlepszych filmów obejrzanych 2012 roku. Polecam wszystkim!

You Might Also Like

0 Comments

Instagram