The Perks of Being a Wallflower (2012)

13:55



And in that moment, I swear we were infinite.
   
  Chyba najgorsze, co może spotkać kinomana to zawód. Kiedy czeka się na film, denerwuje, że wszyscy ludzie na świecie już oglądali, a ty musisz czekać, bo to Polska, bo nie wiadomo, czy w ogóle w kinach będzie, a jeśli będzie to, kiedy i gdzie itp. No i kiedy już go „dorwiesz”, szczęśliwy włączasz przygotowany na najlepszy seans ostatniego czasu, bo przecież taki wyczekany i po prostu wiesz, że ten film nie może być zły, bo ty na niego czekałeś, przecież nie mogą ci tego zrobić. Ale robią. Film się kończy i już wiesz, że to nie było to. Miałeś/aś tak? Bo ja nie raz, ostatnio przydarzyło mi się to kilka dni temu. I do dziś jest mi przykro. 
  Miałam nie małą zagwozdkę, jaką ocenę wystawić temu filmowi, do dziś nie jestem pewna, czy jej nie zawyżyłam ze względu sentyment jaki żywię do książki. Bo wszystko zaczęło się od książki. 


   Książki, którą przeczytałam jakiś czas temu, która wywołała u mnie łzy – dawno żadna książka tego nie zrobiła. Żałuję, że nie przeczytałam jej dawno, dawno temu, jako nastolatka – choć z drugiej strony teraz patrzę na to trochę z innej perspektywy i chyba jestem trochę bardziej wrażliwa. Wydaje się to paradoksem, bo zazwyczaj ludzie z wiekiem stają się bardziej zdystansowani, cóż ze mną jest na odwrót.


  Za książkę i film The Perks of Being a Wallflower odpowiedzialny jest Stephen Chbosky, który napisał nie tylko samą powieść ale i scenariusz do filmu, który również wyreżyserował. Jest to opowieść o młodym chłopaku o imieniu Charlie, którego życie, hm... ujmijmy to tak: nie było usłane różami. Charlie stracił w swoim życiu najbliższe mu osoby, ciocię, która zginęła w wypadku, gdy był mały i przyjaciela, który popełnił samobójstwo - przez co teraz ma problemy z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi, jest wycofany, introwertyczny i nie potrafi „uczestniczyć” w życiu, które się wokół niego toczy. Gdyby film obejrzał (lub przeczytał książkę) jakiś psycholog zapewne stwierdziłby u Charliego jakieś zaburzenia, które posiadają poważnie brzmiącą medyczną nazwę. W końcu Charlie się przełamuje i zaprzyjaźnia z Patrickiem i Sam – przyrodnim rodzeństwem. Dzięki nim zaczyna „żyć”, jak normalny nastolatek – pierwsze pocałunki, dziewczyny, imprezy i to wszystko, co robią dzieciaki w jego wieku.


  Jest to opowieść o dorastaniu, o dojrzewaniu, wkraczaniu w dorosły świat grupy dzieciaków z amerykańskiego liceum w latach, kiedy jeszcze nie było smsów, nie marnowało się czasu przed komputerem, nikt nie słyszał o mp3 i ipodach, a muzyki słuchało się z własnoręcznie nagrywanych kaset magnetofonowych.

We accept the love we think we deserve.
 
   Ale nie jest to tylko historia Charciego, chociaż to on jest narratorem w tym filmie, przedstawia ze swojej perspektywy losy swoich przyjaciół. Patricka (Ezra Miller) – trochę szalonego, ekstrawertycznego, ekscentrycznego i zakochanego w szkolnym futboliście Bradzie, który to z kolei ukrywa swoją orientację przed wszystkim, Sam (Emma Watson) piękna, pewna siebie, jednak zagubiona i trochę przerażona perspektywą ukończenia szkoły. Siostra Charliego - Candace (Nina Dobrev) związana z trochę dziwacznym i przygłupim Derekiem, którego czasem "świerzbi ręka". Problemy dzieciaków na miarę przeciętnego amerykańskiego filmów dla nastolatków lub serialu w stylu Beverly Hills 90210. I pod tą całą warstwą ładnych nastoletnich twarzy ginie gdzieś najważniejszy problem - o co chodzi z tym Charliem? A odpowiedź zaserwowana nam na sam koniec, uderzy obuchem w łeb.


Something really is wrong with me. And I don’t know what it is.
 
  Zaprzyjaźniłam się z Charliem na samym początku, kiedy tylko zaczęłam czytać książkę. Sympatia wywołana współczuciem. Charlie w swoich zachowaniach społecznych jest tak niezaradny, że ma się ochotę podać mu rękę i powiedzieć „Choć, pokażę Ci, co i jak.” Zastanawiałam się jak Logan Lerman poradzi sobie w tej roli, kiedy oglądałam zwiastuny myślałam, że chyba nikt, nigdy nie pasował mi do konkretnej roli tak, jak on do roli Charliego – ale wiadomo, jak to często ze zwiastunami jest, wycinka najlepszych scen, a w filmie już nic nie zostaje. Przyznać muszę, że mnie zaskoczył. W ogóle zapomniałam o tym, że ten chłopak grał w innych filmach, jakby stworzony do jednej roli – roli Charliego, zagubionego, zdezorientowanego chłopca. 


   Muszę, po prostu muszę powiedzieć kilka słów o moim ulubieńcu, który zagrał w tym filmie Patricka - Ezra Miller. Ezra, oj Ezra. Pamiętacie Kevina z Musimy porozmawiać o Kevinie? To właśnie Ezra. Ezra musi zacząć częściej i więcej grać, bym mogła go więcej i częściej oglądać. Ten chłopak ma w sobie coś tak interesującego, że kiedy pojawia się na ekranie nie mogę oderwać od niego oczu, dokładnie tak samo miałam z młodym Deppem. A poza tym nieustająco pokazuje, jak głęboko gdzieś ma cały światek Hollywood i ten cały związany z nim blichtr – na przykład przychodząc na premierę swojego filmu w spodniach od piżamy. Tak bardzo kojarzy mi się z Deppem, może przez jego stylówe kloszarda i te hipnotyzujące oczy, nie wiem, ale życzę mu kariery na miarę Johnnego. 


  Ogólnie czuję jakby film mnie trochę rozczarował. Rozmawiałam z dziewczyną, która pracowała na tiffie (Toronto International Film Festival) w tym roku i widziała film na festiwalu. Powiedziała mi, że cieszy się, że przeczytała książkę dopiero po seansie, bo w przeciwnym razie, film by tak na nią nie zadziałał, gdyby wiedziała, co się wydarzy, jak się skończy. Coś w tym jest, kiedy przeczytasz najpierw książkę, film nie jest w stanie wstrząsnąć w takim samym stopniu, jeśli przyszedłbyś do kina z „pustą głową”, bez oczekiwań, bez gotowych wyobrażeń. Tabula rasa – gotowa do zapisania po raz pierwszy, przez wrażenia wywołane pierwszym seansem. Może stąd to moje rozczarowanie… Poza tym mam wrażenie, że pominięto kilka ważnych wątków z książki, jak na przykład relacje Charliego z rodzeństwem, a inne były na tyle słabo rozwinięte, że jeśli ktoś książki nie czytał, może mieć problem ze zrozumieniem, o co chodzi w zakończeniu. Ponadto w filmie bohaterowie wydają się tacy płascy, psychologizacja postaci leży i kwiczy, przez co Perks… staje się kolejnym filmem, który automatycznie daje się zaszufladkować, jako opowiastka dla nastolatków. A szkoda.


  Podsumowując: Ezra Miller po raz pierwszy, Ezara Miller po raz drugi, Ezra Miller po raz trzeci - SPRZEDANE. A tak na poważnie, gdyby nie książka, pewnie bym się nie zainteresowała, no chyba, że ze względu na Ezrę. Film zakwalifikowany jako melodramat powinien być dramatem, bez tego melo, bo i po co, skoro ma się, jak piernik do wiatraka. Trochę wyszło z tego kino familijne w sam raz na okres przedświąteczny. Szkoda, po raz kolejny szkoda.

6/10 

       

You Might Also Like

14 Comments

Instagram