Kolejny szczęśliwy dzień (2011)

10:19



When are you gonna grow the fuck up?”
“Oh ya know, sometime near the end.


   Na Kolejny szczęśliwy dzień trafiłam przypadkiem przeglądając filmy, w których grał Ezra Miller, bo często mam tak, że kiedy jakiś aktor/aktorka, reżyser się do mnie przyczepi to staram się obejrzeć, jak najwięcej filmów, w których maczali swoje palce. Tak też było i z tym filmem i bardzo się cieszę, że go obejrzałam, bo jest świetny. Po seansie stwierdzenie „rodziny się nie wybiera” nabiera nowego znaczenia, aż się chce powiedzieć – A szkoda, bo czasem ciężko z nią wytrzymać. Gdybym miała obracać się w kręgu rodziny Baker, może zabrzmi to gorzko i na pozór szczeniacko, ale chyba wolałabym być sierotą. Tak, prawdopodobnie nie wiem o czym mówię, ale…

  Sytuacja wygląda następująco: Lynn (Ellen Barkin) z dwoma synami jedzie na ślub swojego najstarszego syna z poprzedniego małżeństwa. Żadne z nich nie wydaje się zadowolone ze zbliżającej się okazji rodzinnego spotkania. Jeszcze zanim poznamy pozostałych członków rodziny dowiadujemy się o relacjach w niej panujących – otóż Lynn każe kłamać swojemu synowi Elliotowi (Ezra Miller) o swoim odwyku. Według oficjalnej wersji wydarzeń chłopak spędził trochę czasu w Szwecji – nie leczył swojego uzależnienia narkotykowego. 

  
 Rodzina Bakerów jest jakby grupą obcych sobie ludzi, zebranych w jednym domu przy okazji ślubu. Nic o sobie nie wiedzą i nawet nie chcą wiedzieć. Mają wyrobione zdanie na temat każdego z członków rodziny i nie obchodzi ich, jak bardzo mogą się mylić, bo i po co się przejmować takimi szczegółami, jak uczucia drugiej osoby? Mimo to nie da się jednoznacznie powiedzieć, że są źli albo dobrzy, każdym z nich jest popieprzony na swój sposób, bo i któż z nas nie jest? Ich chore zachowania da się w pewien sposób usprawiedliwić, a jeśli nie usprawiedliwić, to przynajmniej wyjaśnić, każdy z nich tak naprawdę ma powód do bycia tym złym.
  Od samego początku jawi nam się obraz rodziny, która jest sobie całkowicie obca. Nie wie i nie chce wiedzieć o wzajemnych problemach,. Nie rozmawia się otwarcie – tylko plotkuje, co jest powodem kolejnych kłótni i nieporozumień.



  Problemy i choroby to tematy tabu. Doris (Ellen Burstyn) matka głównej bohaterki, zajmuje się chorym mężem, nie chce od nikogo pomocy, nikt ma go nie dotykać, nie zadawać pytań, nie interesować się, bo ona sobie przecież poradzi. Lynn wielokrotnie wylicza choroby swoich dzieci, jednak nikt zdaje się nie słuchać, nie chcą wiedzieć o takich rzeczach, bagatelizują je, nie przyjmują do wiadomości powagi sytuacji. Choroba psychiczna? Depresja? Jaka znowu choroba, przecież to tylko taka moda… "Anoreksja tego pokolenia". Chociaż nie powiem, by noszenie sznyt na całym ciele było ostatnim krzykiem mody. Krzykiem o pomoc – może. 



  Lynn jest najmniej lubianą z sióstr, myślę że dlatego, bo jako jedyna opuściła rodzinne gniazdo, odcięła się – jest jakby obcym w swoim domu rodzinnym, wręcz intruzem. Nie ma oparcia ani w siostrach, ani rodzicach, którzy serdeczniej odnoszą się do jej byłego męża, który ją bił – niż do własnej córki. Jedyne oparcie znajduje w swoich równie „popieprzonych” dzieciach. Syn narkoman, córka z depresją i skłonnościami autodestrukcyjnymi i najmłodszy z zespołem Aspergera. Ona jest ich wspólnym mianownikiem. To dzięki nim, czuje, że do gdzieś należy - to oni są jej wsparciem, wsparciem, którego szukamy właśnie w rodzinie, a którego nie znalazła u rodziców, czy rodzeństwa.


  Na uwagę na pewno zasługuje rola Demi Moore, za którą ogólnie nie przepadam. To jedna z tych aktorek, które bardziej niż z filmów kojarzę z plotek na jej temat - a to nic dobrego. Jej rola Patty jest świetna, nie znosiłam jej całą sobą, choć z drugiej strony były momenty, kiedy było mi jej żal. Jak każdego chyba bohatera tego filmu. Patty, nowa żona Paula - byłego męża Lynn, druga matka ich dzieci. Z pozoru żmija, która chce się wślizgnąć i zająć miejsce Lynn w tej rodzinie (w zasadzie wydaje mi się, że nawet bardziej do tej rodziny, niż Lynn pasuje), z drugiej strony stara się dopasować, bo zawsze będzie tą drugą.


  Jedyną osobą w tej rodzinie, która „don’t give a fuck” jest Elliot. Pogrążony w swoim świecie narkotykowych przyjemności, ma gdzieś rzeczywistość, która go otacza, dystansuje się od niej. Nie chce mieć z nią nic wspólnego, bo w ogóle nie identyfikuje się z tymi ludźmi którzy teoretycznie powinni być mu najbliżsi na świecie. Ludzie, jak mówi w rozmowie z babcią potrafią zbliżyć się do siebie tylko w chwili wielkiej tragedii. Być może gdyby przyjechali na pogrzeb, nie na ślub zachowywaliby się jak prawdziwa rodzina. „Śmierć bardziej jednoczy ludzi niż miłość”.


Podsumowując: Po obejrzeniu wielu z was doceni, że nie ma takie rodziny, jak Lynn. Po raz kolejny potwierdza się, że moja niechęć do wesel nie jest taka do końca bezpodstawna! Film polecam każdemu, naprawdę warty obejrzenia. No i Ezra - robię się taka monotematyczna, tylko Ezra i Ezra. Chłopak ma talent, wyjmuję tarota i wróżę mu karierę (:
Zapomniałam o jednym. Niesamowity soundtrack! Ólafur Arnalds wykonał kawał dobrej roboty.
8/10

You Might Also Like

5 Comments

Instagram